Tunezja to piękny, odrębny kraj, który warto odwiedzić. Trudno byłoby mi wyobrazić sobie lepszy hotel niż Les Palmiers. Można jedynie doradzić, aby potencjalny podróżnik zaopatrzył się przynajmniej w podstawową znajomość francuskiego, ponieważ z angielskim tutaj jest bardzo ciężko. W dzisiejszych czasach często używa się islamu i Arabów jako straszaka. Oczywiście, islam jest religią państwową Tunezji, ale panuje tam przede wszystkim tolerancja religijna – pytanie nieznajomego o jego wiarę jest ponoć niegrzeczne. Nikt też nie zwraca uwagi na strój, ubiór miejscowych to mieszanka wpływów islamskich i europejskich i nigdy nie zdarzyło się, aby ktoś był oburzony słowami lub czynami z powodu czyjegoś ubioru, niezależnie od tego, czy dana osoba była bardziej odsłonięta czy bardziej zakryta. Wielkim przeżyciem był także lokalny transport publiczny. Za równowartość 3 CZK za osobę za przejazd doświadczyliśmy wygody zorganizowanej anarchii tuniskich autobusów, w których każdy konduktor (siedzi z tyłu i sprzedaje bilety, jak to dawniej bywało w tramwajach) zna dokładny cel każdego turysty, którego zabiera, i nie przejmuje się, czy zatrzyma się na wyznaczonych przystankach, ani jak długo pasażerowie mają czas na wsiadanie (jeśli nikt nie wysiada, przystanek trwa maksymalnie 5 sekund). Poznaliśmy też miejscowych handlarzy, którzy zgodnie z tradycją targują się o ceny. Po każdej transakcji, która trwała kilka minut, obie strony odchodzą zadowolone – handlarz cieszy się, ile zarobił i jak dobrze się targował, a my cieszymy się, bo z wynegocjowaną ceną u nas nie dalibyśmy rady nawet u Wietnamczyków. Można powiedzieć, że wiele rzeczy – transport, sklepy itd. – jest w porównaniu z naszymi standardami zacofanych, powiedzmy na poziomie lat osiemdziesiątych. Wyjątkiem jest jednak dostęp do internetu, który w tym kraju jest na poziomie lat dziewięćdziesiątych.
PlażaPlaża była dosłownie rzut kamieniem od pokoju. Dosłownie - jeśli z naszego balkonu upuści się kamień, spada na plażę. Plaża jest utrzymywana w czystości, dbają o nią dzieci z lokalnej szkoły (albo może z obozu podmiejskiego?), które każdego popołudnia zdyscyplinowanie wychodzą i zbierają wszystkie śmieci, które tylko znajdą lub wyproszą od turystów, za co są potem nagradzane udziałem we wspólnej kolacji z innymi gośćmi hotelu, co skutkuje sytuacją opisaną powyżej. Na plaży spotykała się różnorodna mieszanka ludzi, obok siebie można było zobaczyć zarówno Europejczyków szukających słońca, jak i Tunezyjczyków szukających po prostu odpoczynku. Nie było wyjątkiem, że normalnie rozmawiały ze sobą Tunezyjka w burkinach i Tunezyjka w bikini, było tam niewiele osób nieprzyjemnych, bezwzględnych czy bawiących się kosztem innych. A jeśli komuś plaża była za mała, mógł spędzać czas także przy hotelowym basenie, który był wystarczająco duży i słodkowodny, co było wygodne, a wokół niego był trawnik zamiast rozgrzanego, dusznego piasku. Kiedy ostatniego dnia oddaliśmy pokój, basen bardzo nam się przydał, mieliśmy lot dopiero wieczorem, a kąpiel w wodzie morskiej wymaga większej dbałości o higienę.
WyżywienieKuchnię tunezyjską dokładnie przeanalizowaliśmy ze wszystkich stron. Wypróbowaliśmy „stołówkę” hotelu Les Palmiers, zdecydowanie najgorszą stronę tego pobytu. Jedzenie było zjadliwe, ale każdego wieczoru w jadalni panowały prawa dżungli i zdobycie porządnego kęsa nagle stało się trudne. Spróbowaliśmy też tunezyjskiego fast foodu, który pod wieloma względami zdecydowanie przewyższa nasze kebaby na każdym rogu, i to za połowę ceny naszych. Skosztowaliśmy również poczęstunku w lokalnych restauracjach, o którym można powiedzieć, że można się dobrze najeść za bardzo małe pieniądze. A potem nasze słabe europejskie żołądki nie wytrzymały i większą część drugiej połowy tygodnia wszyscy cierpieliśmy na poważne problemy jelitowe. To jest konieczne zło, którego nie uniknie nikt, kto pragnie poznać piękno tego kraju i z jakiegoś powodu nie wytrzymał tygodnia bez jedzenia i picia.
ZakwaterowanieOtoczenie hotelu Les Palmiers jest aż kiczowato piękne, wygląda dokładnie tak, jak to człowiek widzi na tych reklamowych prospektach - to, co gdzie indziej jest osiągane sztucznym aranżowaniem zdjęć i photoshopem, tutaj można zobaczyć na własne oczy. Co więcej, w tym hotelu wyraźnie ceni się "europejskich" turystów, co, jak się z czasem dowiedzieliśmy, w Tunezji wcale nie jest oczywiste. Hotel ma także swoją prywatną plażę, dosłownie kilka kroków od pokoi.
UsługiDla ilustracji przykład: przylecieliśmy późno w nocy, a obsługa zaprowadziła nas do pokoi, nawiasem mówiąc chyba najlepszych w całym hotelu, bezpośrednio nad morzem, około 50 m od wody. Rano byliśmy podekscytowani morzem, jak tylko może być rodak, gdy morze jest jedyną rzeczą, której brakuje nam w naszym kraju, i zostawiliśmy na podłodze w hotelu kilka kawałków brudnej bielizny (dla celów promocyjnych przypominamy, że był to całkowicie wyjątkowy przypadek, w przeciwnym razie oczywiście nie jesteśmy brudasami, starannie sprzątamy swoją bieliznę, a wszystkie miejsca, których się dotknęła, dodatkowo przecieramy wilgotną szmatką i dezynfekujemy. Jeśli ktoś chciałby to u nas w domu sprawdzić losowo, śmiało, tylko dajcie znać 5 dni wcześniej.) i kiedy wróciliśmy z plaży, znaleźliśmy tę brudną bieliznę złożoną i schowaną w naszych bagażach, tak samo uporządkowane buty, wyczyszczone i zamiatane, a nowe mydło zamiast starego, którego użyliśmy dwukrotnie. O tak dokładnej obsłudze pokojowej nawet nam się nie śniło. Szczególnie przydało się to, gdy u nas wszystkich pojawiły się problemy jelitowe – naturalna konsekwencja spożywania lokalnej kuchni dla nas Europejczyków z innym ustawieniem trawienia, a z naszych pokoików, które miały służyć do spania między wylegiwaniem się na plaży, stały się pokoje szpitalne.
Ta recenzja została automatycznie przetłumaczona za pomocą Google Translate