Do Egiptu jechaliśmy z lekkim sceptycyzmem - znajomi straszyli, że "wszędzie tam tak samo, betonowe molochy i tłumy". Wracaliśmy z Palm Beach Resort z mocnym postanowieniem, że jeszcze tu wrócimy. I to nie jest grzecznościowy frazes z recenzji - to po prostu najuczciwsze podsumowanie tego tygodnia.
Hotel wybraliśmy świadomie, bo szukaliśmy miejsca z dala od huku i klubowego zgiełku Sahl Hasheesh czy zatłoczonych kompleksów w samej Hurghadzie. Al Ahyaa, w której leży Palm Beach, to spokojna dzielnica jakieś 20-25 minut jazdy od lotniska na północ - i właśnie ten dystans okazał się błogosławieństwem. Nad ranem słychać było tylko muezina z dalekiego meczetu, w południe szum morza, a wieczorem śmiech dzieci przy basenie. Żadnego ulicznego harmidru, żadnego klaksonowego koncertu egipskich kierowców pod oknem.
To, co najbardziej zaskakuje na Palm Beach, to proporcje. Hotel jest duży, ale rozłożony na pięciu niskich blokach wśród prawdziwego ogrodu - palmy nie są tu dekoracją z folderu, tylko realnym, codziennym towarzystwem. Po dwóch dniach człowiek zaczyna chodzić bocznymi alejkami zamiast głównym deptakiem, znaleźć "swój" leżak, "swojego" barmana i "swoje" miejsce na kolacji. To rzadko się zdarza w 4-gwiazdkowym all inclusive - ale tutaj naprawdę da się poczuć "u siebie".
Czy było idealnie? Nie, i nie chcę kłamać - znalazłoby się parę detali, do których można by się przyczepić (powtarzający się repertuar w głównej restauracji po czwartym dniu, niektóre elementy wystroju proszące się o odświeżenie, fakt że po zachodzie słońca obowiązuje zakaz pływania). Ale to drobiazgi w porównaniu z tym, co Palm Beach robi DOBRZE: czystość na poziomie, którego nie spodziewałem się po Egipcie, obsługa, która faktycznie pamięta Twoje imię po dwóch dniach, plaża, która powinna być znakiem rozpoznawczym całej Hurghady, i ta nieuchwytna atmosfera spokoju, której nie da się zaplanować w folderze.
Wracamy z głowami pełnymi pomarańczowych zachodów słońca nad Morzem Czerwonym, smaku świeżo grillowanej ryby i odgłosu fal o pomost. Polecamy z
Zakwaterowanie
Zameldowanie poszło bezboleśnie - pokój dostaliśmy dosłownie po godzinie, choć przyjechaliśmy przed południem (recepcjonista z imieniem brzmiącym jak "Mahmoud" zaproponował nam w międzyczasie powitalny napój i pokazał mapkę, gdzie co jest - drobiazg, ale robi robotę).
Pokój standardowy w jednym z bloków od strony ogrodu okazał się większy, niż się spodziewałem patrząc na zdjęcia. Dwa pojedyncze łóżka zsunięte w jedno duże, ciężkie zasłony zaciemniające (przy egipskim słońcu - bezcenne), klimatyzacja, która faktycznie chłodziła (a nie tylko szumiała), mała lodówka uzupełniana codziennie wodą, telewizor satelitarny (był nawet jeden polski kanał, choć szczerze mówiąc raz włączyłem go z czystej ciekawości), sejf dużych rozmiarów - zmieścił laptop, dwa telefony i dokumenty bez problemu. Suszarka działała, ciśnienie w prysznicu też - co w Egipcie nie zawsze jest oczywistością.
Balkon - osobny rozdział. Dostaliśmy widok częściowo na ogród, częściowo na morze, i to ten balkon stał się naszym nieformalnym salonem. Poranna kawa o 6:30, gdy słońce wstaje zza palmy i światło jest jeszcze różowe - serio, jeden z tych obrazków, dla których jeździ się na wakacje.
Łazienka kompaktowa, ale przemyślana - prysznic z porządną ciśnieniówką, czyste fugi (sprawdzałem, paranoik ze mnie), świeże ręczniki codziennie, mydło i szampon uzupełniane bez proszenia. Sprzątanie codzienne i naprawdę dokładne - a panie sprzątające zostawiały na łóżku to łabędzia z ręcznika, to kwiat z papieru toaletowego (wiem, banalne, ale uśmiechnęliśmy się za każdym razem). Po trzech dniach zostawiliśmy w łazience drobny napiwek - następnego dnia łabędź z ręcznika zyskał czerwone serduszko z płatków hibiskusa. Z takich gestów zbudowana jest atmosfera Palm Beach.
Mała wskazówka praktyczna: jeśli macie wybór, proście o pokój w którymś z dalszych bloków - są nowsze, ciszej i zdecydowanie bliżej plaży.
Wyżywienie
To był punkt, do którego podchodziłem z największą rezerwą - czytałem opinie, że egipskie all inclusive bywają monotonne, bezsmakowe i grube od oleju. Palm Beach na szczęście wybił mi te uprzedzenia z głowy szybciej niż w jeden wieczór.
Restauracja główna "Las Palmas" to klasyczny duży bufet i tu, uczciwie, po pięciu dniach człowiek zaczyna rozpoznawać "stałych bywalców menu" - faszerowane gołąbki w liściach winogron, koszary mięsne, ryby grillowane, sezonowe warzywa. Ale: jakość jest naprawdę porządna, dania świeże i ciepłe (a nie letnie, jak bywa), stacja na żywo z grillem działa codziennie, a dla niejedzących mięsa jest realny wybór, nie tylko "zjedz sałatkę i dziękuj". Sernik z daktylami, baklawa miodowa i lokalne ciasteczka z pistacjami stały się naszą codzienną zgubą - mojej drugiej połówce udało się wytrzymać bez nich pięć dni, ja dwa.
Śniadania to mój ulubiony posiłek - omlety na żywo (kucharz Ahmed wita "good morning my friend!" już trzeciego dnia, gdy rozpozna), świeża pita prosto z pieca, hummus, ful medames, oliwki, świeże owoce: arbuz, melon, daktyle, pomarańcze. Kawę uzupełniałem espresso z baru, bo ta z ekspresu w bufecie była, eufemistycznie mówiąc, "kawopodobna".
Restauracja à la carte "Palavrion" - ZAREZERWUJCIE Z WYPRZEDZENIEM. Pierwszego dnia. Naprawdę. Zaczęliśmy się bukować dopiero w połowie pobytu i miejsca w opcji "włoska" złapaliśmy ledwo na ostatni wieczór. Sama kolacja warta była zachodu - serwowana, w spokojnej atmosferze, ze świecami, dla zmęczonych bufetem to prawdziwe pole oddechu. Opcja azjatycka (głównie ryba i krewetki) wypadła u nas najlepiej; włoska w stylu "egipsko-włoskim" - solidnie, choć bez fajerwerków. Grill pod gwiazdami przy plaży to po prostu must.
Bary: Oasis i Siesta przy basenach, plus lobby bar otwarty do późna. Drinki w cenie all inclusive, na poziomie bardzo przyzwoitym - nie spodziewajcie się single malta, ale klasyki (mojito, sex on the beach, piña colada) są zrobione bez pójścia na łatwiznę. Wino domowe... jest. Nie zachwyca, ale w towarzystwie sałatki i widok
Obsługa w hotelu
Tutaj Palm Beach moim zdaniem rozkłada konkurencję na łopatki - i nie chodzi o liczbę atrakcji, tylko o jak są wykonane.
Obsługa: bez wyjątku uśmiechnięta, bez wyjątku gotowa pomóc, i - co szczególnie cenię - bez nachalnego naciągania na napiwki. W Egipcie to wbrew pozorom rzadkość. Ratownicy przy basenach realnie pilnują dzieciaków (a nie udają, że pilnują, bo tak każą), kelnerzy przy basenie pamiętają, co zamawiałeś wczoraj, a panowie z ochrony przy bramie po dwóch dniach machali do nas z uśmiechem, jakbyśmy byli stałymi gośćmi.
Animacje - tu trzeba uczciwie. Animacja w ciągu dnia jest spokojna, raczej "luźna gimnastyka i aqua aerobik", a nie typ "obozowy DJ wyrywający z leżaka co kwadrans". Dla nas - duży plus, bo o to chodziło. Ale jeśli ktoś chce mega imprezę i animację non-stop, może być rozczarowany. Wieczorne show za to mają niezły poziom - wieczór egipski z tańcem brzucha i tanourą (taniec wirujących derwiszów), wieczór ABBA, klasyczny pokaz tańca brzucha, pokaz akrobatów. Nic odkrywczego, ale solidne rzemiosło i dobra zabawa.
Baseny: dwa duże, ze słodką wodą (jeden podgrzewany w chłodniejszych miesiącach, sprawdzaliśmy - faktycznie ciepły!), brodzik dla dzieci i mały basen ze zjeżdżalniami, który okupowały dzieciaki naszych sąsiadów z Czech. Leżaków zawsze pod dostatkiem - nigdy nie widzieliśmy "wojny o leżak", tej egipskiej tradycji rzucania ręcznika o 6 rano. To ogromna zaleta tego miejsca.
SPA "Horas" - poszliśmy raz, na masaż w połowie pobytu. Cena adekwatna, masaż solidny, atmosfera spokojna. Bez fajerwerków, ale zdecydowanie nadrobiło dwa tygodnie biurowych pleców.
Centrum nurkowe "Cave" przy hotelu - polecam nawet niedoświadczonym. Wyjście próbne (tzw. "discovery dive") trwa ok. dwóch godzin, instruktor po angielsku komunikuje się świetnie, sprzęt nowszy, niż się spodziewałem. Dla osób z certyfikatem - regularne wyjścia łodzią na rafy, znacznie taniej niż to, co oferują biura w hotelu.
Mały sklepik na terenie, fryzjer, plac zabaw dla dzieci, miniklub (dzieci sąsiadów wracały zachwycone), siłownia
Plaża
Jeśli miałbym wybrać jedną rzecz, dla której Palm Beach jest wart każdej wydanej złotówki, to byłaby to plaża. Bez przesady - jest to jedna z najlepszych plaż hotelowych, na jakich byliśmy w okolicach Hurghady, i powiedziało nam to wcześniej parę osób, z którymi rozmawialiśmy nad basenem (niezależnie od siebie).
Piaszczysta, długa, prywatna. Nie ta sztuczna, nawożona piaskiem zatoka między pomostami, jakich w Hurghadzie pełno - tylko prawdziwa, naturalna plaża z łagodnym zejściem do wody. Idealne dla dzieci, idealne dla nieumiejących pływać, idealne dla osób takich jak ja, którzy lubią po prostu wejść do morza bez akrobatyki na ostrych koralach.
Leżaki, parasole i materace - bez dopłat, w doskonałym stanie, drewniane zadaszenia z porządną osłoną od wiatru (a wiatr nad Morzem Czerwonym potrafi dawać popalić, szczególnie po południu - to ważne!). Ręczniki plażowe wymieniane w specjalnym punkcie na "voucher" - prosty system, działa.
Pomosty - w Palm Beach są dwa, drewniane, prowadzące w morze. Wbrew obawom czytanym w innych recenzjach, stan jest dobry, a podczas naszego pobytu na końcu pomostu zawsze stał ratownik. Z pomostu da się skoczyć i popływać - dno robi się głębsze, fauna ciekawsza, choć - bądźmy szczerzy - to nie jest plaża rafowa typu Sahl Hasheesh czy Marsa Alam. Ryb kolorowych mało, korali praktycznie brak. Jeśli przyjeżdżasz głównie nurkować ze snorklem przy plaży, lepiej wybrać hotel z domową rafą. Jeśli chcesz piaszczystej plaży i bezpiecznej kąpieli - jesteś w domu.
Bar plażowy otwarty w godzinach 10-16, w cenie all inclusive (plus jakieś opcje za dopłatą - nie korzystaliśmy). Drinki donoszone na leżak, jeśli skinie się ręką - choć obsługa sama też przechodzi co jakiś czas i pyta. Genialne uczucie, gdy człowiek tylko podnosi głowę znad książki, mówi "yes please" i po chwili na stoliku pojawia się świeże mojito.
Ważne ostrzeżenie: po zachodzie słońca pływać nie wolno (zarówno w morzu, jak i nawet w basenach). Ratownicy mówią, że to przepisy egipskie, i serio pilnują. Trochę szkoda dla romantyków marzą