Wakacje nie odpowiadały cenie, pogoda też się nie udała, same zimne wiatry, nie zawsze dało się kąpać, zimne wiatry, w pokoju nie było klimatyzacji, co nie przeszkadzało tylko dlatego, że sezon już się skończył, inaczej nie wiem, jak można tam spać, a jeśli jest tam kilka pokoi obok siebie, każdy mógłby mieć balkon. To na wypadek, gdyby w sąsiednim pokoju mieszkała obca osoba. Najgorsze ze wszystkiego było jedzenie, takiej tragedii nigdy i nigdzie nie doświadczyłam, jeżdżę co roku gdzieś i nie da się tego nawet porównać. Plaża była daleko od hotelu, na północy wiatry i kamienie, na południu tylko wiatry. Nad Morzem Czarnym byłam cztery razy, ale nigdy się nie skarżyłam. Chyba to był niefortunny hotel, który wybrałam. Inni ludzie z Czech bardzo chwalili swoje hotele.
Zakwaterowanie
Wspomniałam o zakwaterowaniu, w pokoju są 2 okna, brak klimatyzacji - brak balkonu.
Wyżywienie
Jedzenie to pięta achillesowa. Nie chce mi się o tym pisać. Jeść przez 8 dni tylko to samo jedzenie, to już było za dużo. Wiele osób narzekało, rozmawiali też z delegatem, ale pozostało tylko wytrzymać. Na śniadanie jajecznica, jajko sadzone, tanie parówki, tani dietetyczny salami, te same 3 rodzaje warzyw, zwykła chałka, ten sam biszkopt, przypalone naleśniki - czasem, dżemu nawet nie było widać, pokrojony na pół, żeby było ich chyba więcej na tacy. Ten deser z zwykłego biszkoptu był jedną przekąską 3 cm na 1 cm wysokości, posmarowany dżemem, na wierzchu tylko galaretka. Ten tam był cały czas, wytrzymał cały tydzień, nie psuł się, czasem stwardniały albo jak guma do żucia. Najgorsze było to, że nie uwzględniono jedzenia dla dzieci. Żadnego kakao czy cytryny do herbaty, żadnych jogurtów, tylko czasem jeden rodzaj białego jogurtu kwaśnego jak kefir, albo płynna czekolada, albo miód, wszystko brakowało tego, o czym rozmawiałam z ludźmi z innych hoteli. Na śniadanie zamiast herbaty z cukrem, lepiej lemoniada i biszkopt. I że przez cały czas nie było żadnego sera, to jest złe. Małe dzieci nie będą się karmić każdego ranka jajecznicą i parówkami... Albo na bułce masło albo dżem? Ani mleka, tylko do kawy w małym dzbanku... Więc to skandal. Na kolację nigdy żadna ryba, warzywa te same, czasem zupa, jak flaki w mleku, wszystko bez soli i bez smaku. Ryż zapiekany z kawałkami mięsa, pieczone ziemniaki, zapiekane ziemniaki z kawałkami mięsa, czasem spaghetti, ale często zapiekana papryka, nadziewana jajkami z rana lub ryżem. Nie ważne jak, ale żeby musiało być tak zapiekane, że było z góry przypalone jak węgiel, to już był szczyt. A co zostało z rana, tam było wszystko, stare desery i biszkopty, zimne przypalone naleśniki, no czasem im się udały, ale tylko lekko posmarowane dżemem, musiałam rozpakować, czy coś tam jest. Raz była zupa z kurczaka, która się udała i raz spaghetti, ale nie starczyło dla wszystkich. Można było to jeść, więc każdy chciał. Na kolację czerwone wino, które powodowało zgagę. Podobno musiało być z kartonu, ludzie chodzili do restauracji na wino. Była też Rakija. Co ciekawe, naprzeciwko hotelu był sklep, gdzie sprzedawał Czech, rozmawiałyśmy z koleżanką z nim, mówił, że z tego hotelu kupują u niego i biorą tylko to najtańsze, warzywa do wyrzucenia, które obierają. Owoce. Zawsze tylko arbuz, bo tam jest najtańszy, ale doczekaliśmy się raz małej tacki zielonych małych brzoskwiń, pokrojonych na pół i na pewno wycięte zepsute części. Przyznam, że ugryzłam i taki twardy ocet odrzuciłam. Czułam się jak gdzieś za pierwszej republiki, kiedy było mało jedzenia. A warzywa, jak np. zwiędłe pomidory przekrojone na pół, czasem wyciekała z nich woda - niektóre były zepsute. To chyba wszystko.
Obsługa w hotelu
O usługach nie mam co pisać, gdyż kiedy raz chciałam wymienić ręcznik dla dziecka, sprzątaczka przyniosła go mi z uśmiechem. Dodatkowo narzekałeś na personel, że właściciel ich nie płaci, jeden odszedł, a pozostali czekali, co będzie. Więc taki właściciel, który nie ma żadnych pieniędzy, nie powinien posiadać hotelu i przyjmować gości do swojego hotelu. To powinno być rozwiązane.
Plaża
O plaży pisano, że jest blisko, myśleliśmy, że wyjdziemy z hotelu prosto na plażę. Niestety, to nie była prawda. Podsumowując wszystko, najbardziej żałuję, że jedzenie było złe i że nie pamiętano o dzieciach, że niepotrzebnie płaciłam za ich posiłki. Na szczęście mogliśmy kupić dobre jedzenie w mieście w drodze na plażę. Ale nie chcę oceniać całej Bułgarii, po prostu trzeba wybrać pogodę w sezonie, nie jesienią, i każdy powinien unikać hotelu Święty Stefan. Biura podróży nie mogły się nachwalić jedzenia i zakwaterowania: po prostu nie miałam szczęścia do hotelu. A z biura podróży codziennie były dla dzieci występy – teatr, tańce, gry. Więc co tu jeszcze dodać.
Ta recenzja została automatycznie przetłumaczona za pomocą Google Translate