Przegląd prasy

NG Traveler 04/2005 :Chiny, zamek Czocha, Lizbona, Egipt, Jemen



Chiny
Państwo Środka to niezwykły kraj – wielki obszarem, ludzkim potencjałem, różnorodnością klimatów i krajobrazów. Spojrzenie nań z góry pozwała zobaczyć piękno inne niż to znane z pocztówek, dostrzec podstawowe „faktury” Chin. Taką perspektywę odkrywają zdjęcia Tiana Jieyana.


Twierdza tajemnic
Tekst Joanna lamparska
Zdjęcia Marzena Hmielewicz

Fundamenty pełnego tajemnic zamku w Czosze powstały z inicjatywy czeskiego króla Wacława w XIII wieku. Przez wieki rozbudowywana, Czocha naprawdę sławna stała się jednak dopiero w 1909 roku. Wtedy to zamkiem zainteresował się baron Ernest F. von Gütschoff, drezdeński magnat tytoniowy. Zapłacił zań 1,5 mln marek i natychmiast przystąpił do renowacji zabytku, kosztującej go kolejne 4 mln. Odnowieniem zamku zajął się znamienity ówczesny architekt Bodo Ebhardt, który pracował w bardzo widowiskowym stylu. Tam, gdzie zamierzał dobudować bramę czy wieżyczkę, stawiał makietę naturalnej wielkości, aby przyjrzeć się ewentualnym niepożądanym efektom. Całą warownię otuliły więc rusztowania. Ebhardt w szybkim tempie nadał zamkowi bardziej średniowieczny wygląd, „dokleił” nowe budynki, wystylizował wnętrza.


Lizbona
Tekst Agnieszka Franus
Zdjęcie Wojciech Franus

Zapragnęłam odwiedzić Lizbonę po tym, jak ujrzałam zdjęcie gotycko-renesansowo-mauretańskiej Torre de Belém odcinającej się na tle czerwieni zachodzącego słońca. I chociaż wiem, że takie obrazki to straszny kicz, tam właśnie skierowałam swe pierwsze kroki pow wylądo-waniu na portugalskiej ziemi.

Położona na przedmieściach Lizbony dzielnica Belém, prócz białego koronkowego arcydzieła sztuki militarnej broniącego dostępu do miasta, ma jeszcze dwa równie ważne, zabytki. Tutaj znajduje się XVI-wieczna katedra Hieronimitów oraz pomnik poświęcony Wielkim Odkrywcom. Właściwie w tych trzech sąsiadujących ze sobą budowlach zapisana jest najbarwniejsza część historii Lizbony. Sen o potędze, który się ziścił, o śmiałych ideach, wielkich przygodach i bohaterach, którym nie zabrakło odwagi, aby wyruszać w nieznane. Na wysokim na 52 metry pomniku niczym na karaweli unoszącej się nad Tagiem wykuto sylwetki 32 postaci, za sprawą których w XV wieku świat stał się tak jak nigdy przedtem lub potem ogromny.


Nie tylko porto
Tekst Andrzej Daszkiewicz
Zdjęcie Giovanni Simeone/Sime/Free

Nawet zapalonego winomaniaka dopada czasem zniechęcenie. Staje przed regałem i bezradnie patrzy na półki. Sięga w kierunku butelki z Bordeaux, ale cofa dłoń. Mija wzrokiem inne regiony Francji, nawet nie patrzy na reprezentację win hiszpańskich. Nie ciągnie go do Toskanii, zwykle entuzjastycznie witane w kieliszku chianti classico nie wzbudza tym razem zainteresowania. Australijski shiraz wydaje mu się nudny, argentyński malbec nie nęci. Czyżby czekał go dzień bez wina? Na takie dni mam swój sposób: Portugalia.
Do niedawna znana właściwie wyłącznie ze słodkich, mocnych porto, dziś coraz większe uznanie budzą jej wina wytrawne.


Wyspa na końcu świata
Tekst Adam Leszczyński
Zdjęcie Katarzyna Kardasz

Monsun był podstawowym problemem dla zdobywców – od Portugalczyków po Brytyjczyków, którzy sprawowali nominalne rządy nad wyspą przez blisko dwa stulecia. Od maja do października morze dookoła Sokotry jest piekielnie wzburzone. Wyspa nie ma żadnego naturalnego portu, a jej wybrzeża to niegościnna pustynia. Nawet dziś na Sokotrze nie ma upraw. Mieszkańcy utrzymują się z hodowli małych kóz i owiec, wypasanych na wilgotnych łąkach w górzystym centrum wyspy. Na Sokotrańczykach swoje piętno odcisnęła także odwieczna izolacja wyspy. Do dziś mówią własnym dialektem, który – jeśli wierzyć językoznawcom – przypomina arabski sprzed 800 lat. Od Jemeńczyków z kon- tynentu różnią się nawet wyglądem: niektórzy przy-pominają Somalijczyków o bardzo ciemnej skórze (wybrzeże Somalii jest oddalone o 250 km), inni mają skórę tak jasną jak Syryjczycy czy Libańczycy.


Perły królowych
Tekst i zdjęcia Andrea Alborno

Wrażliwy i delikatny gatunek ostrygi hodowany jest dziś na kilku lagunach Polinezji Francuskiej. Wszystko zaczyna się na fermach pereł ulokowanych pośrodku morza. Tam w prowizorycznych budkach, które pełnią rolę laboratoriów, „chirurdzy” wkładają do miękkiej części trzyletnich ostryg kuleczkę z masy perłowej. Stanowisko robocze przypomina prawdziwą salę operacyjną. Są tam pincety, rozwieracze i skalpele. Po zabiegu mięczaki z obcym ciałem zanurza się w specjalnych sieciach w wody atolu.

Chirurgicznej ingerencji nie przeżywa 10-40 proc. osobników, a niektóre wydalają przeszczep. Jeśli jednak wszystko się powiedzie, po niespełna 2 latach każdą z pereł można poddać klasyfikacji.


Kair
Tekst Maciej G. Witkowski
Zdjęcie Mark Henley/Panos/EK Pictures

Słowo Kair – al Qahira – znaczy Zwycięska lub też Matka Miast i Miasto Miast. Przenikają się tu Baśnie tysiąca i jednej nocy oraz nowoczesne megapolis. Cuda i paradoksy. Żeby nie być gołosłownym – czyż nie jest cudem, że promieniście wybiegające z centralnego placu miasta Midan al Tahrir (Plac Wolności) ulice po jakimś czasie przecinają się, kłam zadając wszelkim prawom geometrii? A czy to nie paradoks, że meczet Muhammada Alego na Cytadeli (1805-1846), symbol wyzwolenia Egiptu spod tureckiej dominacji, jest dziełem cudzoziemca, Greka Jusufa Bushnaqa, i stanowi kopię stambulskiego Błękitnego Meczetu?

Tak naprawdę nikt nie wie, ilu dzisiejszy Kair ma mieszkańców. Oficjalne statystyki mówią o 8 milionach. Jeśli jednak doda się osoby niezameldowane, przebywające i pracujące przejściowo, rozmaitych włóczęgów – otrzyma się 20–22 mln mieszkańców, jedną trzecią całej populacji Egiptu. Łatwo więc wyobrazić sobie, jaki panuje tu ścisk.


Egipt faraonów
Tekst Andrzej Ćwiek
Zdjęcie Johanna Huber/SIME/FREE

Dlaczego cywilizacja sprzed tysięcy lat, pozornie odległa i obca, budzi tak żywe zainteresowanie współczesnej publiczności?
Może dlatego, że chociaż dziś nie budujemy już piramid, to wciąż odkrywamy, jak w istocie niewiele różnimy się od starożytnych.

Giza stała się dziś mekką nie tylko fanów starożytnego Egiptu, turystów spragnionych dotknięcia Wielkiej Tajemnicy, ale także najrozmaitszej maści oszołomów. Powszechna kontestacja, a co najmniej podejrzliwość wobec ustaleń nauki, stanowi fenomen socjologiczny i psychologiczny, porównywalny chyba tylko z wiarą w uzdrowicieli i cudowne „paramedyczne” panacea. Głód romantyzmu, aura nadzwyczajności i atrakcyjność spiskowych teorii powodują, że wokół Gizy narósł nieprawdopodobny melanż daenikenizmu, okultyzmu, ezoteryki i zwyczajnego szaleństwa. Czym piramida Cheopsa (146,5 m wysokości, 230 m długości boku, 2,5 mln kamiennych bloków) już nie była? Uniwersalny wzorzec miar, Biblia wykuta w kamieniu, relikt Atlantydy, zaszyfrowany przekaz od kosmitów, starożytne centrum lecznicze, kosmiczna boja sygnalizacyjna, miejsce tajnych misteriów, generator nieznanych energii.


Morze Czerwone
Tekst Darek Sepioło
Zdjęcie Maciej Dutkiewicz

Temperatura powietrza sięga nieznośnych 40OC, tuż za burtą łodzi kusi lazur Morza Czerwonego. Jesteśmy w rejonie egipskiej Hurghady, szczycącej się rafami koralowymi należącymi do najpiękniejszych na świecie. Dzieli się je na trzy grupy. Te położone najbliżej
lądu, zwane wewnętrznymi (Tatala, Eissa, Eshta, Arbaa, Small i Big Magawish) są dostępne dla wszystkich, niezależnie od warunków pogodowych. Często można tu spotkać grupy turystów pływających tylko z maską, rurką i płetwami, podziwiających rafy z powierzchni wody. Dalej położone są płytkie (do 20 m) rafy Fanadir, Fanus, Turtle Bay, El Aruk i Gotha Abu Ramada. Trzecia grupa, tzw. rafy zewnętrzne, dostępna jest tylko przy sprzyjających warunkach pogodowych. Dotarcie do nich zajmuje ponad godzinę rejsu, ale to, co znajdujemy pod wodą, warte jest dłuższej podróży. Tu będziemy nurkować.


Kitesurfing
Tekst Anna Sacha
Zdjęcie Peter Sterling/Taxi/FPM

Piękne plaże i ciepłe morze Egiptu stały się mekką wielbicieli sportów wodnych. Zjeżdżają się tu miłośnicy nurkowania, windsurfingu i żeglarstwa. Coraz częściej na egipskim niebie widać też kolorowe latawce kitesurferów.
Kitesurfing to sport łączący elementy windsurfingu i puszczania latawców. Jest pociągający, bo z „kajtem” można zrobić prawie wszystko – osiągnąć zawrotną prędkość, wykonać kilkumetrowy skok i poszybować w powietrzu. „Kajt” rozbudza wyobraźnię i zachęca do łamania barier. Kusi możliwością długiego lotu. Akrobacje miłośników snowboardu trwają zaledwie 3-4 sekundy. W kitesurfingu tzw. hang time, czyli czas oderwania od tafli wody, na małym 6-metrowym latawcu przy sile wiatru około 8 stopni w skali Beauforta może trwać nawet 15 sekund! To wystarczy, żeby przefrunąć kilkadziesiąt metrów, wzbić się na wysokość 15 m nad poziom wody i jednocześnie wykonać masę skomplikowanych, widowiskowych tricków o dziwnych nazwach typu „deadman” (truposz) czy „Superman”. Dobrych „jeźdźców” ogranicza jedynie fantazja i dopuszczalny poziom adrenaliny we krwi.


Cud techniki
Tekst Ewa Cieślik
Zdjęcie Bettmann/Corbis

Ślady kanału faraonów opisywał Battista d’Imola – mnich podróżujący w XV w. z Egiptu do Abisynii. Prezentował on pogląd, jakoby „Ocean Indyjski miał wyższy poziom niż Morze Śródziemne. Król Dariusz, Ramzes i Ptolemeusz nie chcieli ukończyć kanału, albowiem takim wypadku woda zalałaby cały Egipt”. Dopiero pomiary z 1847 r. pokazały, że nie ma różnicy poziomu wody między morzami. To ostatecznie przekonało Lessepsa – francuskiego dyplomatę, przedsiębiorcę i budowniczego. W 1859 r. symbolicznym zagłębieniem łopaty w ziemię ogłosił on rozpoczęcie budowy. Pracowało przy niej stale ok. 25 tys. Egipcjan. Śmiertelne żniwo potęgowała epidemia cholery, która nie oszczędziła również wnuka Lessepsa. W sumie podczas prac zginęło ok. 20 tys. ludzi.


Wspaniały Nałęczów
Tekst Agnieszka Franus
Zdjęcie Wojciech Franus
Najgenialniejszym chwytem reklamowym jest uświadomienie kobietom, że o siebie nie dbają, a jeżeli nawet, to nie tak jak powinny i jeżeli czegoś z tym nie zrobią, za moment będzie zbyt późno nawet na interwencję chirurgiczną. Aby więc uwolnić się od psychicznych cierpień (widząc to wszystko codziennie w lustrze) i w ciągu tygodnia przejść generalny remont, który pozwoli nam z brzydkich kaczątek przemienić się w piękne, pozytywnie nastawione do świata łabędzie, każda normalna przedstawicielka płci pięknej powinna przynajmniej raz w roku zafundować sobie pobyt w spa, gdzie ubrana w biały szlafrok i klapki, otoczona przez tabun specjalistów podda się serii mniej lub bardziej bolesnych, ale skutecznych zabiegów. Zabiegi te nie tylko odstresują ją, odchudzą i ujędrnią, ale wspomogą też jej psychiczny rozwój, dowartościują, oczyszczą, zregenerują i zapewnią dobre samopoczucie na resztę roku. No cóż, chyba przekonałam samą siebie – jadę do Nałęczowa.


Babka z Misją
Zdjęcie Małgorzata Łupina/TVN
Z Martyną Wojciechowską rozmawia Zuzanna Pol

Zuzanna Pol: Czy Ty naprawdę masz poczucie misji?
Martyna Wojciechowska: Misja to może za dużo powiedziane, ale na pewno czuję wielką potrzebę rejestrowania wszystkiego, co widzę podczas moich podróży. Podziwiam ludzi, którzy mogą jeździć bez aparatu fotograficznego. Ja ciągle fotografuję, filmuję, robię notatki. Pamięć bywa zawodna, może stąd ta potrzeba utrwalania obrazów, które mijam w drodze. Może też stąd, że świat zmienia się dziś bardzo szybko, m.in przez turystów, którzy kolonizują wszystkie jego zakątki.

Twój program też sprzyja takiej kolonizacji.
Tak. Namawiam do podróżowania po świecie własnymi drogami. Dlatego w programie o Meksyku nie znalazł się ani jeden zabytek, tylko codzienne życie prostych ludzi, lokalnych muzyków mariachi. Byłam ostatnio w Kambodży i nie widziałam Angkor Watu! Zrezygnowałam, kiedy zobaczyłam kolejkę turystów tłoczącą się na wąskich schodkach, gdy po pozostałej części Kambodży podróżowało w tym czasie może z siedem osób.


Ginące duchy Madagaskaru
Tekst Piotr Kossobudzki
Zdjęcie Roine Magnusson/The Image Bank/fpm

Już sama lokalizacja królestwa lemurów – wyspa Madagaskar, u południowo-wschodnich wybrzeży Afryki – budziła dyskusje na temat historii tych futrzaków. Madagaskar oderwał się w pewnym momencie od kontynentu afrykańskiego i początkowo sądzono, że wraz z nim oddryfowały lemury. Sęk w tym, że ten „rozwód lądów” nastąpił ok. 150 mln lat temu, gdy na świecie królowały dinozaury, a prymitywne ssaki nie były większe od myszy. Tymczasem najstarsze skamieniałości małpiatek (podrzędu naczelnych, do którego należą lemury) znane są dopiero sprzed 55 mln lat. Prawdopodobnie więc dotarły na Madagaskar, gdy był on już wyspą, dryfując na pniach lub innych naturalnych tratwach. Natrafiły tam na doskonałe warunki do rozwoju, a ewolucja nie próżnowała i w początkach naszej ery na wyspie żyło już blisko 50 gatunków lemurów.


Etno smaki
Kubek gorejący
Tekst Wojciech Klewiec
Zdjęcie Jan Brykczyński

Mala Serbia nie jest miejscem w stylu metro. Jeśli kogoś przeraża widok pieczonego jagnięcia czy prosięcia, jeśli ktoś kocha kluski z rukolą lub inne progresywne dania, w tej restauracji może zostać boleśnie przytłoczony bogactwem kalorii. Znam ludzi, którzy nasycili się skosztowawszy tutejszych zakąsek. Komu jednak sił starczy, niech zabiera się do drugiego dania. Mnie zwabiła mućkalica leskovaćka, czyli mięso w sosie paprykowo-cebulowym. Dla mućkalicy odrzuciłem szaszłyk pasterski w omlecie. Czy słusznie?
Nie tylko szaszłyk, ale cały tutejszy jadłospis, w którym poczesne miejsce zajmują ser i wino z czarnogórskiej Podgoricy, kieruje myśli do świata pasterzy i górali. Wspomnienia ze szlaków i hal powracają zwłaszcza przy herbacie po serbsku. Jej głównym składnikiem, jak wskazuje nazwa, jest rakija. Herbatę podaje się na gorąco, to znaczy płonącą żywym ogniem w szklanym kubku.

W odróżnieniu od wielu miejsc nadętych, urządzanych za pomocą tworzywa sztucznego, w Malej Serbii panuje nastrój szczerości i serdeczności. Być może to zasługa starej kamienicy. Być może jednak załogi, zwłaszcza żeńskiej części. Życzliwej i cierpliwej, gotowej wypowiedzieć się fachowo nie tylko na temat dań, ale i innych kwestii.
Słowa-klucze: restauracja