Przegląd prasy

Voyage: marzec 2004



To nie mogą być Włochy
Tekst Monika Zagajska.

Tutaj się pracuje i zarabia. Najdroższe i najbogatsze miasto Italii jest zaprzeczeniem charakterystycznego narodowego bałaganiarstwa i "dolce farniente". Turysta, który zostawi sobie zwiedzanie Mediolanu na zakończenie wyprawy do Włoch, może mieć nawet wrażenie, że już opuścił ten kraj. Z pewnością jednak nie pożałuje, że tu przyjechał.

Mieszkańcy Mediolanu nie identyfikują się z rozleniwioną słońcem resztą kraju. Tu widać kult pracy. Ceni się punktualność, nie ma czasu na wielogodzinne spacery czy przesiadywanie na ławeczkach. Miasto jest finansowym i handlowym centrum Włoch, ośrodkiem prywatnych telewizji, prasy i wydawnictw, siedzibą wielu banków i giełdy.
Tutaj odbywają się najbardziej prestiżowe targi w Europie oraz pokazy mody. Mediolan stał się kosmopolitycznym,
wielonarodowościowym tyglem, bo przyjeżdżają tu szukać pracy nie tylko Włosi z biedniejszych regionów kraju, ale również obcokrajowcy.
Nawet klimatem Mediolan bardziej przypomina Londyn niż miasta Italii. Przez kilka miesięcy w roku spowijają go mgły. Płaski teren i brak rzeki sprawiają, że nie wieją tu wiatry. Latem jest rozpalony do czerwoności, co z trudem znoszą nawet przybysze z oddalonej o ponad 1000 km Sycylii. Nie prezentuje swoich zabytków tak dumnie jak Rzym czy Wenecja.



Jak Indiana Jones

Starożytne miasta, jedne z najlepszych na świecie skał wspinaczkowych i rafy koralowe Morza Czerwonego to główne atrakcje Jordanii. Z powodu sytuacji politycznej niewiele osób decyduje się dziś na podróż na Bliski Wschód. Ten kraj jest jednak bardzo bezpieczny, a turysta może poczuć się tu jak prawdziwy podróżnik i odkrywca - pisze Maciej Wrześniowski.

W 1812 roku niespełna 30-letni Szwajcar Johann Ludwig Burck-hardt, idąc tropem pogłosek o istnieniu opuszczonego tarożytnego miasta, stanął naprzeciw jednego z największych dzieł sztuki Bliskiego Wschodu. To była Petra. Zbudowali ją Nabatejczycy, którzy na terenie dzisiejszej Jordanii osiedlili się około VI wieku p.n.e. To wielkie bogate miasto zostało w całości wyrzeźbione w miękkim piaskowcu. Komnaty pałaców i wnętrza świątyń wyżłobiono bezpośrednio w skałach. Po upadku imperium Nabatejczyków Petra znajdowała się kolejno pod wpływami Rzymu, Bizancjum i muzułmanów. Potem popadła w całkowite zapomnienie.
Z wyjątkiem krótkiego epizodu w czasie wojen krzyżowych, kiedy wybudowano na terenie Petry mało liczącą się warownię, aż do odkrycia jej przez Burckhardta, czyli przez przeszło tysiąc lat nic się tam nie działo. Wymarłe miasto znane było jedynie okolicznym Beduinom, którzy ze swoimi stadami znajdowali tu schronienie.
Współczesna Petra niewiele różni się od tej, którą po raz pierwszy zobaczył Burkhardt. Zwiedzających jest niewielu, po ulicach dostojnie spacerują wielbłądy, czasem ktoś przegalopuje na koniu, na ziemi płacze umorusane dziecko, które spadło z osła. Życie płynie jak przed wiekami. Warto zboczyć z głównego szlaku, pójść kawałek pod górę i zejść do doliny, gdzie można już w ciszy podziwiać wydrążone w skałach katedry. Miejsc do odkrycia jest wiele i dla wszystkich, którzy chcą poczuć się jak Indiana Jones, z pewnością ich wystarczy.
Właśnie w Petrze Steven Spielberg nakręcił film Indiana Jones i ostatnia krucjata. Teren jest ogromny i potrzeba kilku dni, żeby go spenetrować.
Wchodząc do antycznego miasta trzeba przejść przez As-Siq, dwukilometrowy wąski wąwóz skalny. Wydrążony przez wodę spływającą z gór został poszerzony przez Nabatejczyków i stał się główną drogą prowadzącą do miasta. Przez As-Siq w czasie uroczystości sunęły procesje religijne. Nic dziwnego, że wybrano właśnie to miejsce - sceneria przesmyku zapiera dech w piersiach. Droga wije się między kolorowymi skałami wysokimi na kilka pięter, za każdym
zakrętem otwiera się inna, zaskakująca perspektywa. U samego końca zza skalnego wyłomu ukazuje się nagle Chazna (Skarbiec) - piękna budowla i zarazem najczęściej reprodukowany widok w Petrze. Tam właśnie Indiana Jones odnalazł Graala.



Tam, gdzie mieszkaja Trolle

Od 20 lat każde wakacje spędza w Norwegii. Zna ten kraj lepiej niż niejeden jego mieszkaniec. Zawsze jeździ bocznymi drogami, odkrywa nowe miejsca. Nie tylko piękne fiordy, ale też jeziora, wodospady i górskie drogi. Wbrew powszechnej opinii takie wyprawy wcale nie muszą być kosztowne. Z Katarzyną Butowtt rozmawia Anna Nastulanka.


Arystokrata wśród miast
Tekst Marta Sapała.

Jest klasycznym przykładem czystej renesansowej architektury, jedynym takim w Polsce. Jego podziemia rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Słynie też z dobrej kuchni. Nic dziwnego, tutaj właśnie narodziło się pojęcie szwedzkiego stołu.
Po Zamościu oprowadza nas Beata Ścibakówna.

Zamość ma opinię niewielkiego miasta - mówi aktorka - ale wcale nie jest taki mały. Aby obejrzeć ważniejsze budowle i fortyfikacje, trzeba mieć kilka godzin. Najlepiej zacząć od jednego z najwspanialszych w całej Europie XVI-wiecznych placów - Rynku Wielkiego. Ma on wymiary dokładnie 100 na 100 metrów. Kiedy ktoś mi mówi, że jakiś teren miał hektar
powierzchni, od razu w wyobraźni widzę Rynek. To moja prywatna miara.
Warto spojrzeć na miasto z góry, z punktu widokowego na wieży ratuszowej. Najlepiej jednak oglądać Zamość z lotu ptaka. Wówczas jego panorama wygląda jakby przeniesiona z Toskanii. Właśnie tutaj po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem razem z grupą spadochroniarzy. Zamość do złudzenia przypomina włoskie miasteczko. Nic dziwnego, zaprojektował go architekt z Padwy. Centrum ma
czystą renesansową zabudowę. Na szczęście nigdy go nie przebudowywano pod wpływem kolejnych architektonicznych mód. Urodę miasta doceniło UNESCO, wpisując je w 1992 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury.
Zamość nigdy nie był wsią. Powstał od razu jako miasto. Była to kosztowna zachcianka Jana Zamojskiego. W 1580 roku rozpoczął budowę wymarzonej siedziby, stolicy rozległego na 3800 km2 majątku, obejmującego mniej więcej teren dzisiejszego Roztocza. Zamojski zainwestował w tę budowę ogromne pieniądze, sprowadził architekta aż z Włoch. To dzięki wizji Bernarda Morando Zamość ze swoim labiryntem podcieni, zacisznych podwórek, przejść zamkniętych łukami do dzisiaj cieszy oko. Morando przeniósł doń wszystko co najlepsze ze swojego rodzinnego miasta. Ośmielony zresztą przez ordynata Zamojskiego, który darzył Padwę ogromnym sentymentem.
Efekt? Powstało miasto doskonałe (według renesansowych teorii), idealnie proporcjonalne.



Pod słońcem Kalifornii

Mało jest miejsc na świecie, gdzie rzeczywistość tak bardzo odpowiadałaby marzeniom. Kalifornia to raj na ziemi, spełnienie amerykańskiego snu. Słońce świeci tu przez cały rok, gospodarka kwitnie, ludzie żyją dostatnio, są zawsze uśmiechnięci. Los Angeles i San Francisco to najweselsze miasta USA. W dolinach Napa i Sonoma robi się wyśmienite wina - pisze Tomasz Prange-Barczyński.


Jeśli Stany Zjednoczone mają być ucieleśnieniem wolności i demokracji, to Kalifornia jest tego kwintesencją. Prezydentem kraju niemal zawsze zostaje faworyt owego stanu. Na swojego gubernatora mieszkańcy wybrali niedawno idola kina akcji, "obcego", Arnolda Schwarzeneggera.
Kalifornia jest ojczyzną emigrantów z całego świata, naukowców, artystów, finansistów. W San Francisco, gdzie osiedliło się bardzo wielu cudzoziemców, Europejczyka najbardziej urzeka wielkość tego miasta, a raczej jego "niewielkość". Według amerykańskich standardów, Frisco
to właściwie mieścina. Gdyby nie konieczność nieustannej wspinaczki (tam wszędzie jest "pod górkę"!) można by nie korzystać z komunikacji miejskiej. Jednak przejazd jedną z trzech słynnych kolejek miejskich cable cars jest ekscytującym przeżyciem. Najbardziej karkołomna trasa biegnie ulicami o nachyleniu około 21 stopni. Cable cars nazywane są tramwajami, działają jednak na podobnej zasadzie jak kolejka na Gubałówkę. Pojazd wciąga na górę lina ukryta pod ulicą. Natomiast zjazd w dół odbywa się swobodnie...
Prawdziwe tramwaje to osobna rozrywka. Władzom miasta udało się zgromadzić historyczny tabor z całego świata. Można np.
przejechać się oryginalnym włoskim tramwajem z lat 50. z drewnianymi ławkami, boazerią na ścianach i zachowanym, europejskim rozkładem jazdy.
Kolejki i tramwaje to nie jedyne doznania, które wyzwalają tu adrenalinę. Już samo położenie San Francisco budzi pewną nerwowość. Dokładnie pod półwyspem, na którym leży miasto, biegnie największy na Ziemi uskok tektoniczny - między dwiema ocierającymi się płytami. Szczelina liczy ponad 1000 kilometrów i przemieszcza się rocznie o około pięć centymetrów. Zwykle skały tylko ślizgają się po sobie. Gdy jednak zahaczą jedna o drugą, wytwarza się napięcie znajdujące ujście w trzęsieniu ziemi. To największe, z 1906 roku, doszczętnie zburzyło miasto.
Ostatni poważny kataklizm mieszkańcy przeżyli 17 października 1989. Siła wstrząsu wyniosła 7,1 stopnia w skali Richtera. Pewnie dlatego w San Francisco nie ma zbyt wielu strzelistych wieżowców, a dzielnica finansowa skupiona jest na niewielkim kawałku downtown. W jej cieniu kryje się North Beach, sektor włoski, wytyczający swoje granice zielono-biało-czerwonymi paskami malowanymi na słupach latarni.

http://turystyka2.wp.pl/voyage/voyage/