Pierwsze wrażenie z gasthofu Heller było dobre, budynek znajduje się w spokojnej części miasta, przed nim jest parking dla samochodów, a z zewnątrz wygląda czysto i wygodnie. Przyjechaliśmy po godzinie 17.
Po wejściu do budynku wszystko się zaczęło. Weszliśmy do nowo urządzonego holu według precyzyjnego austriackiego gustu. Przywitała nas pani zaraz po odłożeniu papierosa. W budynku było bardzo zimno, pokoje były również gustownie urządzone nowymi meblami, ale strasznie zimno, ogrzewanie nigdzie nie grzało. Zauważyłam, że nasz pokój w ogóle nie był posprzątany, na podłodze walały się kłębki kurzu, a na szafkach była niezdefiniowana brud, piasek czy coś takiego.
Właścicielka bardzo się zdziwiła, ale wymieniła pokój. Na korytarzach był ładny dywan, ale znowu nieodkurzony, przy drzwiach jednego z pokoi rozsypany był znowu jakiś piasek, a z tui opadały suche gałązki, kulminacją było, gdy przyszedł pies pani i załatwił się na dywan na korytarzu. Podobno to niemowlę i poszła dalej.
Zwróciliśmy jej też uwagę, że w budynku jest bardzo zimno, ale odpowiedziała, że nie wie dlaczego i to było wszystko. Kolejną jedyną osobą zakwaterowaną w tym obiekcie była Austriaczka, której też ewidentnie było zimno, bo tuliła się do swetra i powtarzała brrr.
Kelner ciągle chodził od jednego grzejnika do drugiego i tylko kręcił głową.
Na nasze pytanie do właścicielki, ile jest tu zakwaterowanych gości, powiedziała 26, ale w rzeczywistości było nas tylko siedem.
Kolacja miała być o 19, spóźnili się pół godziny. O powitalny drink poprosiliśmy po zupie, bo inaczej byśmy go nie dostali. Do zupy mąż poprosił o chleb. Przynieśli go prawie po zupie i po spróbowaniu musieliśmy go wypluć, bo pachniał jakimś płynem do mycia naczyń i smakował pleśnią.
Potem przyszła kolacja. Było nas sześciu. Syn po pierwszym kęsie się zatrzymał i mówi, czy mogę powąchać mięso, które dostaliśmy – śmierdziało i było zepsute. Druga porcja synowej była zepsuta, kolejne dało się zjeść.
Po zgłoszeniu kelnerowi, że mięso nie jest dobre i chyba nieświeże, została wezwana prawdopodobnie właścicielka, która powiedziała nam, że mięso jest w porządku i obrażona odeszła słowami „żadnej dyskusji”.
Wnuk się z tego pochorował.
Noc spędziliśmy ubrani w funkcjonalną bieliznę narciarską.