Na te wakacje trafiliśmy trochę przez przypadek. Początkowo z żoną marzyliśmy o Malediwach, jednak wybrany przez nas hotel nie był dostępny w wybranym terminie, więc Jakub z Invia chętnie doradził nam odpowiednią alternatywę. Według zdjęć na stronie internetowej moja żona tylko sucho stwierdziła, że wygląda to całkiem zwyczajnie... ale w końcu biały piasek i wolnostojąca wanna na zdjęciu pokoju hotelowego :-) przekonały ją. A efekt? Najbardziej luksusowe wakacje w życiu!
PlażaPlaża była jak poezja. Łagodne wejście, niezbyt zatłoczona. Była tam też "strefa ciszy", gdzie nie mogły wchodzić dzieci i hałaśliwi turyści. Piasek biały jak śnieg, a woda lazurowo niebieska. Mimo że plaże na całej wyspie są publiczne, personel hotelowy codziennie sprzątał wodorosty i śmieci z plaży (czasem nawet dwa razy dziennie). W wodzie nie było zbyt wiele do zobaczenia, ale codziennie można było wybrać się na nurkowanie lub snorkeling trochę dalej do raf koralowych. My jednak nie skorzystaliśmy z tej możliwości, ponieważ byliśmy tam tylko 6 nocy, cieszyliśmy się leniuchowaniem i nicnierobieniem na plaży. Polecamy wycieczkę na południe wyspy do Chamarel – do kolorowych piasków i do destylarni rumu z degustacją – ciekawe i całkiem pouczające. Poza tym w cenie zakwaterowania w hotelu były też sporty wodne bezsilnikowe (łódka z przezroczystym dnem, rowerki wodne, ...).
WyżywienieMożna było się stołować w 4 restauracjach (MIXE, Beach Rouge, Duck Laundry i indyjskiej restauracji, której nazwy już dokładnie nie pamiętam), fastfoodowym i lodowym kiosku niemal bezpośrednio na plaży.
Na początku zaskoczyło nas, że bufet był dostępny tylko w restauracji MIXE i to tylko na śniadania i kolacje... pozostałe były w formie „a la carte”, ale potem naprawdę doceniliśmy tę możliwość... człowiek przynajmniej nie mieszał rzeczy, które do siebie nie pasowały... Nigdy nie byliśmy głodni, na plażę cały dzień przynosił nam koktajle wyznaczony kelner... czasem pojawiał się ktoś z przekąskami. Mimo że miejscowi wychwalali indyjską restaurację (która w pewnym roku zdobyła nawet gwiazdkę Michelin), nam z żoną najbardziej smakowała kuchnia chińska w Duck Laundry i specjały morskie w Beach Rouge.
Po obfitym i naprawdę smacznym obiedzie zawsze chodziliśmy się orzeźwić ich lokalną kawą – każdemu polecam spróbować kawy „Cold drip”. To coś jak kawa przelewowa... ale przygotowywana za pomocą zimnej wody. W takim upale naprawdę orzeźwiająca i pyszna.
Najlepsze były świeże soki z tropikalnych owoców wszelkiego rodzaju. Zawsze świeżo wyciskane na śniadanie i używane także do wszystkich drinków (żadnych słodkich syropów z koncentratów). W ciągu dnia dostępne również w formie mrożonych małych lodów na patyku. Po prostu mega PYCHA!
ZakwaterowaniePierwsza niespodzianka zaraz po przyjeździe do hotelu (nawiasem mówiąc prywatnym taksówką, gdzie kierowca całkiem nieźle mówił po angielsku i opowiedział nam trochę o wyspie i jej historii) była taka, że zamiast klasycznego wypełniania danych osobowych i czekania w kolejce na zwolnienie pokoju, powitała nas drobna recepcjonistka i usadziła w wygodnych fotelach z chłodnym, wilgotnym ręcznikiem pachnącym olejkiem cytrynowym. Do tego dostaliśmy napój cukrowy (oczywiście - wszędzie wokół rosła trzcina cukrowa :-)) i spokojnie poczekaliśmy, aż sama załatwi wszystkie formalności. Potem zawieziono nas wózkiem golfowym prosto do naszego pokoju. Tam jeszcze wygodnie wyjaśniła, że wszystko, co mamy do dyspozycji (4 restauracje, stoisko z lodami i coffee bar) jest szczegółowo opisane na iPadzie, który jest stale dostępny w naszym pokoju do tych celów.
UsługiW cenie były leżaki z miękkim materacem i parasolem oraz zawsze czyste i pachnące ręczniki od razu na plaży. Sprzątanie pokoju dwa razy dziennie, przy czym zazwyczaj podczas kolacji pokojówka zabierała używane ręczniki, sprzątała łazienkę i ścieliła łóżko z ustawieniem relaksacyjnej muzyki i romantycznego półmroku. Cokolwiek potrzebowaliście, wystarczyło podnieść telefon lub stuknąć w iPada. Po prostu niesamowite! A personel zawsze uśmiechnięty, miły i bardzo pomocny. Nawet zaprzyjaźniliśmy się z czarnoskórą sprzedawczynią pamiątek na plaży. Nawet ci „plażowi sprzedawcy” nie byli tak natarczywi, jak pamiętamy ich z innych kurortów. Po prostu rewelacja – spokój, luz i fajka...
Ta recenzja została automatycznie przetłumaczona za pomocą Google Translate