Wrażenia z wakacji: żadna czeska firma autobusowa... żadna organizacja, podróż niepotrzebnie się przedłużała, jakby trwała 15 godzin do Chorwacji? tylko z powodu czekania na kolejne autobusy. Wsiadaliśmy w Pradze, przyjechał piętrowy autobus z klimatyzacją, byliśmy całkiem podekscytowani. Jednak w trakcie podróży poinformowano nas, że będziemy się przesiadać w Brnie. Dlaczego? Dlaczego nikt nas wcześniej o tym nie poinformował? W Brnie wysiedliśmy i szukaliśmy autobusu, nikt nam nawet nie powiedział, jaki to numer. Poszłam do jednego kierowcy autobusu, a on nawet nie wiedział, jaki ma numer on sam :( Potem ktoś nam znalazł autobus i poinformował, że jest opóźniony. W końcu wsiedliśmy. Autobus był co prawda klimatyzowany, ale niewygodny, brakowało miejsca na nogi. Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce: wyjechaliśmy o 13:00 z Pragi, a przyjechaliśmy o 6:00. Do apartamentu Nikola, gdzie mieliśmy czekać na transit, który miał nas rozwieźć do apartamentów. Tam pan Holub powiedział, że mamy zostawić rzeczy i wrócić dopiero o 9:00, więc poszliśmy zobaczyć plażę. Całkiem nieźle, ale wszędzie były porty, o czym też nie czytałam, może to mój błąd. O 8:30 wróciliśmy i powiedział, że musimy czekać, aż nas zabierze transit. Byłam już dość zdenerwowana, bo musieliśmy czekać, aż nas zabiorą. Jeden transit na dwa autobusy? To chyba żart... początek wakacji zepsuty :(((( zmęczeni, głodni, nikt nie zaoferował nawet szklanki wody, nic, nie mogliśmy opuścić miejsca... nie chodziło tylko o nas, ale były z nami też dwójka dzieci... byliśmy na liście jako ostatni. Około 10:00 zabrali nas do naszego apartamentu i zostawili tam. Na piętrze z dziećmi bez niczego... straszne, straszne, straszne. Podobno właścicielka miała się pojawić za chwilę. Na pewno przyszła około jedenastej, nie znała ani angielskiego, ani czeskiego, więc naprawdę super. Jedyną rzeczą, którą zrozumiałam, było to, że zakwateruje nas o 12:00. Wszyscy zmęczeni, bo w autobusie nie spali, dzieci zdenerwowane, my zdenerwowani... W końcu przyszła, nie chciała widzieć pieniędzy, paszportów ani vouchera, nic. Ok, posprzątane, dało się, musiałam wytrzeć podłogę, bo była lepka. Musiałyśmy iść spać. Tak więc sobota całkowicie stracona... jedzenie w sklepie było dość drogie. Najbardziej mnie zaskoczyło, że 8 bułek kosztowało 64 kuny, straszne.