Tajlandia i Bali

Autor: Agnieszka K, Magda K, Renata S, Krystian O. dodane: 01.02.2011

Wszystko zaczęło się w czerwcu 2010 roku, kiedy to znaleźliśmy ciekawy przelot do Bangkoku. Pomyśleliśmy sobie - hmm Tajlandia, czemu nie ;) Cała noc siedzenia nad mapami, przewodnikami, zastanawiania się, co można ciekawego zwiedzić zakończyła się tym, że rano bilety były już w naszych rękach. Na początku tylko dwa. Tydzień później dołączyły do nas jeszcze trzy osoby. Tak oto zrodziła się szczęśliwa grupka Travelplanet. Prawie 9 miesięcy do wylotu minęło niezwykle szybko.

Nadszedł dzień wylotu - 16 luty. Spotkanie na lotnisku w Warszawie, później krótki przelot do Kijowa, tam 7h opóźnienia, które zakończyło się integracją z innymi Polakami i po ponad 9h lotu wylądowaliśmy w innym świecie. Była godzina 8 rano. Po wyjściu z terminala uderzyła w nas fala gorącego, dusznego powietrza. W Polsce było wtedy -10 stopni, a tutaj +38. Żyć nie umierać. Jedyne czego brakowało nam w tej wielkiej metropolii – to palm i plaży.

Bankgkok

W Bangkoku spędziliśmy tylko jeden dzień po przylocie. Bez problemu znaleźliśmy nocleg. Pokój z klimatyzacją 45 zł, a więc nie całkiem nieźle. Pierwszy posiłek u każdego z nas wywołał zupełnie odmienne odczucia (za 15 zł obiad z 3 dań + deser), smak dotąd niespotykany jednym od razu przypadł do gustu, inni przez resztę pobytu unikali lokalnej kuchni. Po krótkim odpoczynku, skupiliśmy się głównie zwiedzaniu centrum miasta, krótkim spacerku po dzielnicy Khosan Road, która słynie z wielu straganów, barów i hoteli. Po stolicy podróżowaliśmy tuk tukami, oczywiście nie udało się uniknąć wizyty w sklepie z garniturami, czy centrum masażu (kierowcy przywożą turystów, aby w zamian otrzymać bony na paliwo od właścicieli).

Pierwszym punktem naszego zwiedzania była Świątynia Wat Traimit – Świątynia Złotego Buddy. Niestety ze względu na remont obiektu nie mogliśmy wejść do środka. Odwiedziliśmy też posąg stojącego Buddy w świątyni Wat Indrawihan. Wieczorem wybraliśmy się do China Town. Kolejne zderzenie z tak odmienną kulturą, wzbudziło w nas jeszcze większą ciekawość niż przed wylotem, a niskie ceny tylko kusiły do zakupu (Przepyszna kolacja to koszt około 7-9 zł). Nie obeszło się bez spróbowania nowych potraw, czy lokalnego przysmaku (świeże ananasy, arbuzy, owoce morza, na samo wspomnienie cieknie ślinka). Chińska dzielnica miasta wywarła na nas ogromne wrażenie, niezliczona ilość straganów z różnego rodzaju potrawami, mieszanka smaków, zapachów (nie zawsze przyjemnych) i ludzi prawie z całego świata, a do tego typowo azjatyckie akcenty - lampiony, kolorowe oświetlenie, muzyka itp.

Kolejną atrakcją pierwszego dnia była wizyta na Byokie Sky – najwyższym budynku w stolicy Tajlandii. Po wjechaniu windą na 88 piętro można podziwiać panoramę całego Bangkoku. Widok ten z pewnością pozostanie na długo w naszej pamięci. Do Bangkoku wróciliśmy jeszcze na dwa ostatnie dni naszego pobytu w Tajlandii. Po wizycie w tak wielu pięknych, bajecznych miejscach, Bangkok był ostatnim miejscem, w którym chcieliśmy się znaleźć. W porównaniu do innym punktów naszej wyprawy, teraz wydawał nam się brzydki, tłoczny, duszny. Niestety nie mogliśmy pozwolić sobie na zmianę programu. Po przylocie w środku nocy z Phuketu, po raz kolejny bez większych komplikacji znaleźliśmy nocleg na Khosan Road, tym razem za 40 zł/pok. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu i zakupach. Nauczeni doświadczeniem z łatwością targowaliśmy się niemal o wszystko.

Odwiedziliśmy m.in. Wat Pho - Świątynię Leżącego Buddy, z ogromną ilością posągów, kapliczek i wizerunków Buddy. Udaliśmy się również do Wat Arun – Świątyni Świtu, gdzie po wejściu na najwyższy punkt jednej z budowli, można zobaczyć zachodnią część Bangkoku "z góry". Spacer po mieście dostarczył nam wielu niezapomnianych wrażeń – lokalni sprzedawcy oferowali wszystko, od zużytej szczoteczki do zębów, czy zbitego, ugotowanego jajka, po "oryginalne" wyroby znanych marek na całym świecie! Został nam oczywiście czas na ostatni posiłek lokalnej kuchni. Atrakcją okazały się prażone robaki: larwy, karaluchy, skorpiony itp. Nie każdy jednak odważył się spróbować tych "pyszności". Prawdą jest to, że w Bangkoku już po kilku godzinach pobytu, wszystko przestaje nas dziwić (albo wprawia w totalne osłupienie). Miasto na każdym kroku jest pełne niespodzianek. Według nas, 3 dni w Bangkoku to zdecydowanie wystarczająco na zwiedzanie stolicy kraju.

Ko Samui

Następny cel naszej podróży to wspaniała wyspa Ko Samui. Przelot liniami Bangkok Airways na położoną na południu wyspę Ko Samui znacznie różni się od tego, do czego przyzwyczaiły nas tanie linie lotnicze w Europie. Podczas półtoragodzinnego przelotu pasażer może liczyć na darmową smaczną przekąskę (my dostaliśmy pyszne śniadanie, jako że lądowaliśmy o 7 rano). Obsługa miła, pogodna i niezwykle urodziwa. Podczas lotu na wyświetlaczach LCD można obejrzeć żarty znane z polskiej telewizji (Ale numer!). Wszystko to sprawia, że podróż mija bardzo przyjemnie i komfortowo. Samo lotnisko na Samui sprawia niezapomniane wrażenia. Żaden Europejczyk nie jest w stanie wyobrazić sobie piękna, które je otacza - perfekcyjnie przystrzyże trawniki i tropikalnych rośliny, ozdabiające teren wokół pasa startowego.

Sama wyspa jest jednym z najbardziej urokliwych miejsc na ziemi. Biały drobny piasek, lazurowa woda i bujna roślinność sprawiają, że człowiek może się zapomnieć. Nasz ośrodek znajdował się na południowo - wschodniej części wyspy. Nie było problemów z dojazdem, gdyż powszechnym środkiem lokomocji są skutery. Można je wypożyczyć na 24 godziny za niewielkie pieniądze (ok. 15 zł). Tankowanie to jedyne zmartwienie i tu niespodzianka. Ponieważ na wyspie o stację benzynową trudno, skuter można bez problemu zatankować z butelek z benzyną (butelki po alkoholach), które są dostępne niemal wszędzie przy drodze.

Wyprawa skuterem na zwiedzanie wyspy to rewelacyjna sprawa. Nic bardziej nie orzeźwia niż podmuch wiatru na twarzy, w zabójczej dla europejczyka temperaturze. Ruch na wyspie jest lewostronny - dodatkowo niektórzy z nas jechali po raz pierwszy na skuterze, a więc zdarzało się, że na prostym skrzyżowaniu każdy z nas jechał w inną stronę i blokowaliśmy ruch. Bardzo łatwo jest dotrzeć na północny - wschód wyspy do świątyni Wielkiego Buddy (Big Budda Temple), czy na liczne wodospady znajdujące się w środkowej części wyspy.

Warto też poświecić jeden dzień na wycieczkę organizowaną przez różne agencje do Narodowego Parku Morskiego Ao Nang. Jest to zbiorowisko 42 urokliwych wysepek rozmieszczonych na terenie 102 km kw. W międzyczasie takie atrakcje jak nurkowanie i kajakowanie nie pozwalają sie nudzić ani na chwilę. Na Samui mieliśmy również okazję jeść najpyszniejsze pad tai (najpowszechniejsza tajlandzka potrawa) podczas całego pobytu, przyrządzone z resztą przez Ladyboy, co potwierdza informację o tym, iż mężczyźni najlepiej gotują.

Pozostały czas wolny na wyspie spędzaliśmy na malowniczej plaży położonej przy naszym hotelu i piciu przepysznego mleka ze świeżych kokosów. Niedaleko naszej plaży znajdowały się dwie formacje skalne (dziad i baba), które owiane są lokalną legendą o kochankach. Cała wyspa zapewne jeszcze na bardzo długo pozostanie w naszej pamięci, dlatego iż była początkiem naszej podróży po egzotycznej Tajlandii jak i jednym z najprzyjemniejszych punktów wyprawy.

Wyspa Phi-Phi

Po zwiedzeniu Bangkoku, Ko Samui i jednego dnia na Krabi przyszedł czas na wyspę Phi-Phi. Nazwa wyspy Phi-Phi (czyt. Pi-pi) wywodzi się z tego, że na wyspie nie ma dróg, nie ma samochodów, tylko tuk - tuki, a jeżdżący takimi tuk – tukami po wąskich uliczkach zamiast klaksonu krzyczą " pi-pi". Na wyspę dotarliśmy promem. Po raz pierwszy spotkał nas w Tajlandii deszcz. Padało pół dnia i przeraziliśmy się, że tak będzie przez cały nasz pobyt na rajskiej wyspie. Dopływając do wyspy, zauważyliśmy wyłaniające się z morza wysokie, wapienne skały, które robiły niesamowite wrażenie. Aby dostać się z portu do naszego hotelu, który był położony w dalekiej dżungli, trzeba było udać się piechotą (przez dżunglę 1 h) lub łódką (20 minut). Z naszymi bagażami wybraliśmy opcję drugą. Po 20 minutach wspaniałej przeprawy wzdłuż wyspy dotarliśmy do raju. Piękna plaża, wspaniałe domki w lesie palmowym, piękna lazurowa woda i małpy skaczące po palmach. Te widoki zostaną w naszej pamięci do końca życia. Domki bambusowe, położone przy plaży i w ogrodzie palmowym były super, prąd w domkach od 18 do 6 rano, woda pod prysznicem zimna (słonawa trochę) - taki mały survival. Do hotelu dotarliśmy pod wieczór. Zmęczeni transferem z Krabi, szybko usnęliśmy w domkach.

Następny dzień spędziliśmy na plaży, opalając się, nurkując i podziwiając piękno świata morza Andameńskiego. Po południu stwierdziliśmy, że wybierzemy się do portu drogą przez dżunglę. Oj, droga nie była taka łatwa - 25 minut wspinaczki pod stromą górę, duchota, pająki, małpy i inne żyjące tam stworzenia. Po pokonaniu góry dotarliśmy do punktu widokowego, z którego widok rozpościerał się na port i miasto Ton Sai. W porcie Ton Sai znajduje się wiele biur podróży oferujących wycieczki na pobliskie wyspy Phi Phi, a jest ich sześć i stanowią część Morskiego Parku Narodowego Phi Phi-Hat Nopparat Thara. Chcąc zobaczyć najwięcej wysepek Phi Phi wybraliśmy wycieczkę całodniową. Cena wycieczki całodniowej po wyspach to koszt około 500 BHT ( ok. 50 zł) i w tym jest już wliczony transfer, wyżywienie na statku i opieka przewodnika.

Nasza wycieczka zaczęła się od wypłynięcia w kierunku wyspy Ko Phi Phi Lay. Pierwszy punkt zwiedzania to Jaskinia Vikingów. Wspaniała jaskinia z malowidłami na skałach, przedstawiającymi łodzie Vikingów. U sklepienia skalistej pieczary budują gniazda jaskółki. Nie chroni ich to jednak przed zbieraczami gniazd. Młodzi ludzie wspinają się po bambusowych rusztowaniach i zbierają gniazda, które są niezwykle drogie i cenione przez chińskich restauratorów. Wydaje się to dziwne, ale z tych gniazd gotują zupę o korzennym aromacie, która jest bardzo popularna w Chinach.

Następnie wypływamy na słynną zatokę Maya Bay. Zatoka o kształcie podkowy, otoczona niezwykle wysokimi i stromymi klifami, z białą plażą zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Miejsce to stało się bardziej popularne po nakręceniu tam słynnego filmu z Leonardo Di Caprio "Niebiańska Plaża". Po zwiedzeniu najładniejszych miejsc na Phi Phi Lay statek kierował się w kierunku wyspy Bambusowej tzw. Bamboo Island. Jest to przepiękna, bezludna wyspa oddalona około 13 km od Wyspy Phi Phi Don. W 2004 roku została ona całkowicie zalana przez tsunami. Teraz po kilku latach jest uważana przez turystów za jedną z najpiękniejszych wysp Phi Phi. Turkusowa woda, wspaniałe rafy, las bambusowy. Te majestatyczne widoki sprawiają, że człowiek będąc na tej wyspie może poczuć się jak w raju. Wyspa jest tak mała, że można ją obejść w kilkadziesiąt minut.

Następnym punktem zwiedzania jest kolejna wyspa - Monkey Island (wyspa małp). Niestety nie udało się nam zobaczyć małp na plaży, ponieważ była to pora ich drzemki, ale wyspa zrobiła na nas ogromne wrażenie ilością wspaniałych jaskiń, znajdujących się tuż przy wysokich, stromych klifach, do których można wpłynąć kajakami. Na uwagę zasługuję również piasek na plaży, który był taki biały i przelatywał między palcami jak mąka. Przewodnik poinformował nas, żeby wszystko, co ważne i wartościowe zostawić na statku lub trzymać blisko i mocno siebie, ze względu na to, że małpy nauczyły się kraść ludziom aparaty, telefony itp. i już nie raz ktoś stracił tam coś wartościowego, bo uciekającą małpę jednak ciężko złapać.

Kolejnym ciekawym punktem wyprawy dla najodważniejszych było udanie się na jeden ze stromych klifów wyspy małp. Wspinaczka na ostrą, pionową skałę i skok z ponad 20 metrów do krystalicznej wody, pełnej kolorowych rybek. Śmiałków znalazło się tylko kilku - w tym jedna kobieta. Wrażenia ze skoku – nie do opisania! Po skokach śmiałków, aby opadły wszystkim emocje, statek wyruszył na środek morza, gdzie można było relaksować się przy wspaniałym zachodzie słońca i cichej muzyce przed powrotem do hotelu. Do portu wróciliśmy ok. 20, jednak silny wiatr uniemożliwił nam powrót do hotelu łódką, a przez dżunglę w nocy bez latarek nie chciało nam się iść. Po dwóch godzinach znalazł się śmiałek, który powiedział, że weźmie nas na łódkę i popłynie do naszego hotelu. W zatoce wszystko było w porządku, natomiast w momencie kiedy wypłynęliśmy na otwarte morze, zaczął się koszmar. Dookoła ciemno, skały wystające z wody i wielkie 2-3 metrowe fale. Strach opanował każdego z nas. Łódka co chwile stawała pionowo i z ogromnym hukiem spadała na tafle wody, woda zaczęła się wlewać do łódki, a każdy skręt łódki groził jej przewróceniem. Po ok. 15 minutach namówiliśmy tubylca, żeby zawrócił do najbliższej plaży, ponieważ im dalej płynęliśmy, tym było coraz gorzej. Cali i zdrowi dotarliśmy do brzegu i znaleźliśmy nocleg w porcie. Rano wstaliśmy i udaliśmy się przez dżunglę do hotelu, aby się spakować i wyruszyć w stronę Phuket, aby polecieć następnego dnia na Bali! Pobyt na wyspie Phi-Phi był bardzo udany, jednak przygoda, która przytrafiła nam się na łódce sprawiła, że mieliśmy wstręt do tego rodzaju transportu do końca pobytu. Nie jeden z nas powiedział po powrocie, ze wróci jeszcze na tę wyspę.

Bali

Kolejnym etapem naszej podróży i chyba najbardziej oczekiwanym było Bali. Przywitało nas masą gorącego powietrza i specyficznym klimatem (było niezwykle parno i duszno). Jak się jednak później okazało, trafiliśmy akurat na porę deszczową, która dała się we znaki podczas całego pobytu. Na przemian mieliśmy do czynienia z zerwaniem chmury, ulewami jakich do tej pory nie widzieliśmy i gorącym, wręcz palącym słońcem. Prosto z lotniska udaliśmy się do naszego hotelu w okolicach Kuty. Już po drodze urzekły nas widoki typowe dla Indonezji (posągi bożków, świątynie, nietypowa roślinność itp.).

Pierwszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na poznanie okolicy i adaptacje w nowym miejscu. Ku naszemu zaskoczeniu, ceny "pamiątek" na wyspie okazały się niezwykle atrakcyjne (w porównaniu do Tajlandii), dlatego też każdy z nas wykorzystał szansę zakupowego szaleństwa. Na wyspie można spotkać ludzi niemal wszystkich narodowości, jednak zdecydowanie przeważali Australijczycy, którzy wykorzystali wietrzny okres na uprawianie sportów wodnych. Największym zaskoczeniem dla wszystkich była jednak wizyta na plaży. Nie tak wyobrażaliśmy sobie "raj na ziemi". Plaże brudne, woda o dziwnym, rdzawym kolorze – byliśmy totalnie zaskoczeni. Fakt, że nie odwiedziliśmy Nusa Dua (podobno tam można znaleźć bajeczne widoki), ale w przewodniku było napisane, że wszędzie na Bali są niebiańskie plaże. Następne dni naszego pobytu poświęciliśmy na zwiedzanie wnętrza wyspy i tu chyba nikt nie był zawiedziony. Wynajęliśmy samochód z kierowcą – przewodnikiem, który obwiózł nas po południowozachodniej części wyspy. Każdy spełnił przynajmniej jedno ze swoich marzeń, a największymi atrakcjami była wizyta w lesie małp i zabawa ze zwierzakami (nie zawsze miłymi) oraz widok pól ryżowych.

Ponadto odwiedziliśmy: Pura Besakih - największą świątynię na wyspie, położoną w Karangasem u stóp wulkanu Gunung Agung, Pura Tanah Lot - jedna z najważniejszych świątyń wodnych na Bali, Pura Ulun Danu Beratan - zbudowaną na jeziorze wypełniającym krater wygasłego wulkanu Beratan. Obowiązkowym punktem programu było też miasto Ubud - kulturalna stolica wyspy. Mieliśmy również okazję poznać proces powstawania kawy w jednej z licznych plantacji kawy i kakao (nie obyło się oczywiście bez degustacji – niepowtarzalny aromat i smak). Widoki i wnętrze wyspy w zupełności zrekompensowały nam plaże.

W ostatni dzień pobytu na wyspie oddaliśmy się przyjemnościom i wszystkie Panie biorące udział w wyprawie, skorzystały z usług indonezyjskiego masażu (śmieszna cena – godzinny masaż całego ciała 35 zł). Podsumowując - Bali było dla nas pełne niespodzianek na każdym kroku. Jest to wyspa, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

Tagi:

Propozycje

Bangkok i okolice

Bangkok i okolice
7 dni 27.03 - 03.04 inne terminy Warszawa BB - Śniadania Ecco Travel
6 998 zł / 2 os.
3 499 zł / 1 os.

Bangkok i okolice

Bangkok i okolice
7 dni 27.03 - 03.04 inne terminy Warszawa BB - Śniadania Ecco Travel
7 580 zł / 2 os.
3 790 zł / 1 os.

Dodaj komentarz

ZGŁOŚ UWAGI DO STRONY