Słońce, śnieg, szusowanie

Autor: Agnieszka Orczyk,Agnieszka Szumska Travelplanet.pl dodane: 14.02.2012

Sezon zimowy rozpoczyna się na lodowcach już w końcu listopada. Jadąc w grudniu do Włoch, i to jeszcze na dodatek do owianej sławą Doliny Słońca, spodziewaliśmy się idealnie przygotowanych tras narciarskich, otwartych wszystkich wyciągów, promieni słonecznych opalających nosy i policzki. Niestety prognozy pogody z początków grudnia nie zapowiadały optymistycznego wariantu, wręcz przeciwnie, pokrywa śniegowa była równa niemal zeru. Jak to powiedział James Bond w jednym z odcinków ‘Never Say Never’, więc zapakowaliśmy walizki oraz sprzęt narciarski (kaski obowiązkowo!!!) i ruszyłyśmy po przygodę na stoki (przygotowani przynajmniej duchowo, niekoniecznie kondycyjnie). Nasza trasa narciarska była zaplanowana na regiony: Madonna Di Campiglio – Passo Tonale – Pontedilegno.

Gdzie ta zima?

Tygodniowy wyjazd w Dolomity Trydenckie rozpoczął się od niemal 18-sto godzinnej podróży autokarem z Wrocławia, poprzez Katowice, aż do Madonny. Noclegi zaplanowane były w Hotelu*** Il Catturanino, który jak się później okazało, leży w otoczeniu pięknych gór. Sam urządzony jest w rustykalnym stylu. 3 piętra przeznaczone dla gości, na najwyższym pokoje rodzinne, restauracja, jadalnia, bar, sala gier, DJ umilający czas do 23:00. Obsługa hotelowa jest miła i uprzejma. Internet w lobby, za dodatkową opłatą, tak samo jak piłkarzyki i sauna. Hotel leży ok. 300 m od dolnej stacji kolejki na Passo Groste.

Zgodnie z prognozami pogody Włochy nie przywitały nas ani białymi widokami, ani mroźnym powietrzem. To raczej była wiosenna aura, niż początek sezonu narciarskiego. Ale jak nas zapewniał od pierwszej chwili pilot, w górnych stacjach i na lodowcu śnieg jest, więc pojeździmy! Z niedowierzaniem, ale dalej trzymaliśmy go za słowo. Tak więc, pierwszy dzień zakończył się w hotelu na zakwaterowaniu, próbie rozszyfrowania karty menu oraz smakowaniu lokalnego wina.

Po przebudzeniu dnia drugiego wielkiej niespodzianki nie było – śniegu ani odrobinkę w nocy nie spadło. Zatem, z lekkim smutkiem zabraliśmy deski i parapety i poszliśmy szukać puchu w górnych partiach. Pod dolną stacją kolejki gondolowej na górę Groste (2500 mnpm) kolejek nie ujrzeliśmy, lecz niestety tutaj też się okazało, że nie wszystkie nartostrady były przejezdne. Pilot rozdał nam karnety Superskirama i mogliśmy zacząć szusowanie.

W poszukiwaniu śniegu

15 minutowa podróż na szczyt okazała się mieć kojący wpływ, gdy oczom ukazał się śnieg i przemykający amatorzy białego szaleństwa. Pierwszy zjazd rozpoczęliśmy od rozpoznania trasy niebieskiej do środkowej stacji gondolkowej, potem do wyboru czerwoną lub niebieską do początku wyciągu kanapowego. Aby dostać się na sam szczyt Groste trzeba było wjechać najpierw kanapą 4 osobową, potem 6 osobową. Ze szczytu rozciągają się widoki zapierające dech w piersiach. Stąd możliwy był wybór trasy niebieskiej lub czerwonej (które łączyły się pod kanapą 6 os.). Na szczycie, przy dobrych warunkach śniegowych otwarty jest snowpark. Popołudniem zaczął w końcu padać śnieg! I to rozpadał się na dobre ograniczając momentami widoczność niemal do zera. Ale najważniejsze było to, że padał. Tak więc, po zjechaniu ok. godz. 16:00 na dół okazało się, iż Madonna też leży w śniegu.

Kolejne dwa dni upłynęły więc na poznawaniu tras w Madonnie. Otwarta została dodatkowo czerwona na Monte Spinale (2100 mnpm). Pojawiło się też słońce, które spotęgowało ‘achy’ i ‘ochy’ wydobywające się z naszych piersi na widok łańcucha Brenta. Co jakiś czas na nartostradach spotkać można było skitourowców, którzy nie wyglądali na ubranych ciepło, ale dzielnie kroczyli pod górę na nartach z fokami. Szaleństwo na śniegu nabierało rozpędu. Przerwy spędzaliśmy w schroniskach.

Na zmęczenie – bomabardino

Nie omieszkałyśmy nie spróbować włoskiego przysmaku – bombaridno. To przysmak wielu narciarzy.  Szkoda, iż nie dane nam było zjechać najdłuższą 7 km trasą, ale to nie był czas jeszcze, aby była w całości naśnieżona.




Bombardino

Przysmak naciarzy, składa się ajerkoniaku, whisky, bitej śmietany, czasem kawy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kryzysik kondycyjny pojawił się w dzień czwarty, co zaowocowało krótszą jazdą i popołudniową wyprawą do centrum Madonny Di Campiglio. Miasteczko ma naprawdę swój urok. Urzekło nas typowo górską zabudową, małymi domkami, dużą ilością światełek. Naprawdę świąteczny nastrój już można było wyczuć, nie tylko w powietrzu, ale także na wystawach czy w barach.

Dzień piąty to wyjazd na lodowiec Presera (3069 mnpm). Chrapkę na zjazd ze szczytu miała cała grupa, dla niektórych to był pierwszy lodowiec w życiu. A więc nie było na co czekać! Aby dostać się na szczyt najpierw musieliśmy wjechać kolejką gondolową, potem krzesełkami i na końcu orczykiem. Na wysokości 3016 mnpm rozciągał się panoramiczny widok. Strach zajrzał nam też w oczy. Do wyboru były dwie trasy – czarna i czerwona. Na czarną nie pokusił się nikt, ale czerwona (jak się okazało w trakcie jazdy) do łatwych też nie należała. Niech świadczy o tym fakt, że po pierwszym zjeździe kolana nam drżały!

Zdążyliśmy zjechać raz jeszcze, porobić trochę fotek i pogoda uległa zmianie – przyszły ciemne chmury, zaczął padać śnieg. Nie pozostało nam więc nic więcej, jak odpocząć chwilę w schronisku, a potem udać się na karuzelę połączeń narciarskich i skorzystać z tras znajdujących się po przeciwnej stronie gór. Trasy Passo Tonale i Pontedilegno są ze sobą połączone. Z Ponte na stoki Cime Cadi jest gondolka. Długie trasy niebieskie i bardzo łagodne, wręcz widokowe. Trochę czerownych. Działały armatki, kilka wyciągów. Spróbowaliśmy tutaj też jazdy poza trasą. To był dzień pełen emocji.

Dolina ma swoje humory

Dzień szósty i ostatni zarazem, to ponownie Madonna i jej stoki. Warunki był extremalnie trudne. Mocny wiatr (na tyle silny, że zamiast zjeżdżać staliśmy w miejscu), ciemne niebo, brak słońca i gęsto padający śnieg spotęgowały nasze zmęczenie i sprawiły, że ze stoków zjechaliśmy wcześniej. Oddaliśmy karnety, zrobiliśmy ostatnie pamiątkowe fotki w dolnej stacji i wróciliśmy do hotelu.

Reasumując nasz wyjazd, Val di Sole to jedna z najpiękniejszych widokowo dolin. Jeśli tylko trasy są świetnie przygotowane, i to zdecydowanie nie sztucznym śniegiem, wrażenia z jazdy są niesamowite. Nartostrady nie należą do trudnych, przeważają niebieskie i czerwone. Z całą pewnością, każdy narciarz i snowboarder znajdzie coś dla siebie. Ze większości tras można skorzystać bez pośrednictwa skibussa. Trasy połączone są w karuzeli narciarskiej: Madonna Di Camiglio – Pinzolo (kolejka z Madonną od sezonu 2011/2012) – Marilleva – Folgarida. Do Passo Tonale i Pontedilegno warto podjechać skibussem lub własnym samochodem.

Dolina Słońca ma swoje humorki, o czym dała nam się przekonać. Gdy świeci słońce daje powody do zadumy i rozważań, czy piękniejsze są Dolomity czy Beskidy. Gdy sypie śniegiem, człowiek chciałby się ukryć w schronisku i przeczekać. Gdy potrzeba adrenaliny, kusi czarną trasą z Preseny. Każdy w niej znajdzie coś dla siebie.

Gorąco polecamy!

Tagi:

Propozycje

La Rosa Delle Dolomiti

La Rosa Delle Dolomiti
7 dni 23.03 - 30.03 inne terminy Dojazd własny RO - Bez wyżywienia Neckermann
1 536 zł / 2 os.
768 zł / 1 os.

Bepy

Bepy
7 dni 18.03 - 25.03 inne terminy Dojazd własny BB - Śniadania Neckermann
1 560 zł / 2 os.
780 zł / 1 os.

Dodaj komentarz

ZGŁOŚ UWAGI DO STRONY