Autor: Anna Tomalik Travelplanet.pl dodane: 31.08.2011

Alpy. Wiedziałam że są. Słyszałam, że są piękne. Lecz dopóki ich nie doświadczyłam, nie wiedziałam kompletnie czym są i czym od tej pory dla mnie będą. A stały się zimowym corocznym marzeniem i nieustanną tęsknotą, która pojawia się zawsze tuż z myślą o „białym szaleństwie”. Od pierwszego wpięcia deski i zjazdu ze szczytu Falginjoch (3108m) poczułam, że te góry zostały stworzone właśnie dla nas – snowboarderów (dopiszę, że dla narciarzy też, żeby się nie obrazili:)).

Dla osoby wychowanej na 500 metrowym stoku w Sudetach, z gwarantowanymi nieregularnymi muldami, puchem ubijanym siłą mięśni narciarzy pierwsza wizyta w Kaunertal była jak bal dla Kopciuszka. Całe szczęście bal się przedłużył i okazał się opcją dostępną każdej zimy.

Przestrzeń – to pierwsze wrażenie, którego doświadczam spoglądając w górę stoków. Szerokie, różnorodne, perfekcyjnie wyratrakowane trasy, a do tego mało ludzi brak kolejek. Ogrom – to drugie wrażenie. Spoglądam na skipass – 52 km tras. Już się cieszę na samą myśl pierwszego zjazdu. Trasy się nie nudzą, na każdej można spróbować czegoś innego. Przy zjeździe z lodowca Ochsenalm pociągam długie cięte skręty, czując magiczną siłę odśrodkową, a przy łagodniejszych fragmentach przyspieszam krótkim śmigiem.

Jazda w puchu

Kolejnego dnia szykuję się na ulubiony freeride. Sprawdzamy zagrożenia lawinowe. Brak. Wyskakuję na trasę Weissjoch i zatapiam się w dziewiczym puchu.

Jak mogłam do tej pory żyć, bez takiej przestrzeni i takiego śniegu?

Przy którymś zjeździe zaliczam wywrotkę i przez 15 minut próbuję wygrzebać się z 1,5 metrowej zaspy. Jest zabawnie.

Kilka dni później w miejscu naszych zjazdów widzę małe, lawinowe jęzory. Teraz już wiem, że trzeba bardzo ostrożnie. Postanawiam zrobić kurs lawinowy, żeby czuć się w takich miejscach bezpieczniej.




Na lodowcu można jeździć od września do końca czerwca

 

 

 

Następnego dnia rana rozgrzewam się na trampolinach ustawionych przy dolnej stacji wyciągu. Świeci ładne słońce. Po kilku zjazdach odbijam do snowparku, w którym chcę już pozostać do końca dnia.

Ewolucje nie tylko dla profreestylerów

Próbuję na trasie easy – wskok na boxa i prosty slide. Udaje się. Pierwszy w życiu, a jakie fajne uczucie. Potem przejeżdżam przez skocznię i ćwiczę klasyczne ollie z frontside grabem. Obok nas latają pro riderzy. Rozmarzam się. Przy którymś zjeździe przedostajemy się w stronę halfpipe. I tu kolejne „wow”. Na filmach wygląda na mniejszy i mniej stromy. Podobno boli tylko wtedy kiedy wyląduje się na krawędzi. Pierwszy przejazd robię delikatnie, żeby wyczuć o co chodzi. Podjazd, zjazd, podjazd, zjazd. Za mną przelatuje jakiś pro freestyler. Zatrzymuję się na dole żeby popatrzeć. Urzekające. Bawię się do końca dnia.

Jeden dzień spędzam na wyjeżdżanie na szczyty i wdrapywanie się na grań, żeby podziwiać widoki. Są absolutnie niesamowite i urzekające. Kładę się na skale i wygrzewam na słońcu. Jestem ponad 3000 m n.p.m, otoczona przez masę wystających zza chmur szczytów. Spoglądam w dolinę i zachwycam się turkusowym jeziorem. Tuż obok mnie prawie jak na wyciągnięcie dłoni wznosi się szczyt góry Weissseespitze (3535 m).

Nocujemy w uroczej, spokojnej wiosce Feichtem, gdzie na każdym kroku widać austriacki porządek. Czysty traktor i zagrody robią na mnie niecodzienne wrażenie.

Wieczorem bar Kiwi – luźne miejsce w zimowym klimacie z puszczanymi filmami freeridowymi i freestylowymi.

Tydzień mija zdecydowanie za szybko. W kolejny weekend ląduję na rodzimym stoku i po czterech skrętach jestem na dole wyciągu.

Chcę z powrotem do Kaunertal.

Tagi:

Dodaj komentarz