Dla zupełnie, ale to zupełnie niewymagających! Najlepiej takich, którzy jeszcze w żadnym hotelu nie byli i zachwyciło ich np. wypożyczanie ręczników plażowych w cenie all inclusive. I wystarczyło im kilka metrów plaży z palmami wyschniętymi na basenie oraz jeden budynek z jedną restauracją, gdzie mogli się najeść i wyspać. Bo nic innego tam nie ma i poza przejażdżką na bananie i małym statkiem wycieczkowym nic tam nie dało się robić. Dla mojej rodziny nigdy więcej. Pojechaliśmy do Egiptu ze względu na morze, a wieczorem, w najlepszym czasie na snorkeling, hotelowy personel wyrzucał nas z morza już o 18! Basen zamykali nawet o 17. Bar w hotelu zamykali o 23, potem można było iść tylko do restauracji poza głównym budynkiem, gdzie trzeba było płacić. Personel (w restauracji i na plaży) dał nam odczuć, że jesteśmy dla niego tylko uciążliwą pracą. Na pewno nie był to przypadek, że byli tam Słowacy, Czesi i Rosjanie (zwykli, nie bogacze), Niemców czy Francuzów nikt tam nie wpuściłby. I te karaluchy, które przywieźliśmy w walizkach do domu! Do dziś nie możemy się pozbyć tego niechcianego suweniru.
Zakwaterowanie
Na korytarzach z obniżonym, brzydko wyglądającym sufitem z najtańszego biurowego karton-gipsu trudno się przyzwyczaić nawet tym, którzy nie cierpią na klaustrofobię, a co dopiero pomyśleć, co by się stało z tym pięknie łatwopalnym materiałem w przypadku pożaru, który przy 45 stopniach gorąca i gorącym wietrze z pustyni nie jest nierealny, myślałem o tym częściej, niż by mi się podobało. Pokój oraz łazienka z WC były standardowo duże i urządzone, taras z widokiem na basen i morze był fajny. Czystość zależała od konkretnej pokojówki: jedna więcej rozmawiała, druga więcej sprzątała. Nieprzyjemne uczucie wywoływały karaluchy, które znaleźliśmy spacerujące po stoliku (nawet na brudnym i zużytym dywanie w restauracji) i przynieśliśmy je w walizkach do domu.
Wyżywienie
Całkiem smaczne, prawie zawsze było kurczak, grillowany na ruszcie lub smażony. W porównaniu z innymi hotelami 5* wybór dań głównych był jednak ograniczony. Bardzo słabo było z owocami: zielony melon i kubańskie pomarańcze na przemian z grejpfrutami, tylko raz na 10 dni był czerwony melon. Brakowało sody lub wody mineralnej gazowanej, dość ciepła i niezbyt smaczna woda była trudna do picia przez cały dzień. O czystości szklanek szkoda mówić, nie myto ich, tylko płukano w letniej wodzie. Lody szukaliśmy 3 dni, podawano je przez 1 godzinę na plaży, ale w porze obiadu, więc często nie zdążyliśmy ich spróbować. Co najbardziej nam przeszkadzało w jedzeniu, to duża niechęć personelu do podawania normalnych porcji dań przygotowywanych bezpośrednio za ladą. Mały trójkącik pizzy, 10 frytek, 1 mały krabik itp. Najgorzej było, gdy zaczął się Ramadan, pod koniec śniadania już nie było co nakładać, dania na obiad ograniczano już godzinę przed końcem, mieliśmy wręcz wrażenie, że odbieramy im jedzenie, które odłożyli, aby mogli je zjeść po zachodzie słońca.
Obsługa w hotelu
Słabe. Napoje dawali 1 butelkę (1,5 l) na pokój dwuosobowy, a że byliśmy tam z dziećmi na dostawkach, czworo nas, to im było obojętne. Czajnik elektryczny żadny, a co za tym idzie, ani herbata, ani kawa w pokoju. Rozrywka? Jaka? 2 stoły bilardowe z połamanymi kijami w śmierdzącym pomieszczeniu w piwnicy, i to za opłatą! W hotelach, w których byliśmy wcześniej, nasze dzieci grały w bilard prawie cały czas, tutaj wystarczyło im raz. Najlepsza obsługa to lekarz: miły i wyglądał, że się zna.
Plaża
Dla nas, którzy chcieliśmy dużo zobaczyć na Morzu Czerwonym, tutaj płytkie morze, zbyt ciepłe z wieloma martwymi koralami, było rozczarowaniem. W Hurghadzie, gdzie byliśmy wcześniej (bezpośrednio w Hurghadzie i w Makadi Bay), mieliśmy szczęście na znacznie ładniejsze morze, bogatsze w życie morskie i żywe korale. Kulminacją było to, że o 18:00 po prostu wyrzucili nas z morza. Kiedy słońce wreszcie nie pali, morze ożywa, to najlepszy czas na snorkeling. Basen zamykali już o 17:00. Kto po obiedzie o 15:00 (np. dzieci) zdrzemnął się, praktycznie nie zdążył już do wody. Podobno kierowali się zachodem słońca, które dzięki bliskości równika i wysokiej skalistej górze zachodziło bardzo wcześnie. Ślady w piasku po wielbłądzie, który często spacerował po plaży, woleliśmy ignorować. Raz poszliśmy zobaczyć sąsiedni kemping i wszędzie obecni strażnicy plażowi krzyczeli na nas nieprzyjemnie i grozili. Obawiali się, że z jakąś wycieczką zrobimy tam interes. Naprawdę nie czuliśmy się jak na normalnych wakacjach.
Ta recenzja została automatycznie przetłumaczona za pomocą Google Translate